Patagonia


Kultowe szczyty dla Ciebie!


english
version


Wyprawy i trekkingi w Andy, Kaukaz, Himalaje, Karakorum, Pamir.

wyprawy
trekkingi
glerie
terminy
kontakt



Wywiad z Ryszardem Pawłowskim


Wyjazdy cykliczne

Ama Dablam - Nepal
6856 m.n.p.m.

Ama Dablam


Cho-Oyu - Chiny, Nepal
8201 m.n.p.m.

Cho-Oyu


Elbrus - Rosja (Kaukaz)
5642 m.n.p.m.

Elbrus


Aconcagua - Argentyna
6962 m.n.p.m.

Acouncagua



Zobacz film
"HIMALAIŚCI W STREFIE ŚMIERCI"

HIMALAIŚCI W STREFIE ŚMIERCI
Historia Ryszarda Pawłowskiego

Moje wyprawy...
zamów książkę

Smak Gór

"Ryszard Pawłowski
40 lat w górach"

WYWIAD - RZEKA

40 lat w górach
zamów książkę








Elbrus (5642 m n.p.m.)

Elbrus - zwany też "Górą Światła" lub "Górą Tysiąca Gór" jest najwyższym szczytem Rosji i Kaukazu, położnym na terenie Kabardyno - Bałkarii. To wygasły wulkan pokryty lodowcami i wiecznym śniegiem, o dwóch szczytach - zachodnim 5642m n.p.m. i wschodnim - 5621m n.p.m. Po raz pierwszy wierzchołek zachodni został zdobyty w 1874 roku. Jest kwestią sporną którą z gór należy uznać za najwyższą w Europie i wobec braku jednoznacznego rozstrzygnięcia przebiegu granic między Europą i Azją kolekcjonerzy Korony Ziemi zdobywają zarówno Elbrus jak i Mt Blanc.

Samolotem udajemy się z Warszawy do Moskwy skąd kolejnego dnia wylatujemy do Mineralnych Wód, a stamtąd autobusem dojeżdżamy do stacji Azał u podnóża kolejki linowej. Czeka nas kilka wyjść aklimatyzacyjnych między innymi na Czeget (3400m n.p.m.) i do pobliskiego obserwatorium. Następnie kolejką i wyciągiem krzesełkowym (jeśli przypadkowo akurat działa :-) wyjeżdżamy do stacji Garabaszi, zaś noclegi spędzamy w pobliskich "Beczkach" gdzie aklimatyzujemy się wychodząc do Skał Pastuchowa. Przy dobrym przygotowaniu kondycyjnym i dobrej pogodzie możliwe jest wejście na szczyt już w piątym, szóstym dniu wyprawy. Pozostały wolny czas przeznaczamy na zwiedzanie okolicznych dolin.

Wejście na szczyt nie przedstawia trudności technicznych, jednakże Elbrus znany jest ze swojej kapryśności i gwałtownych załamań pogody, problemem mogą być również szczeliny. Góra jest pozbawiona wyraźnych znaków orientacyjnych i w załamaniu pogody możliwe jest zagubienie drogi zarówno na szczyt jak i drogi powrotnej. Dlatego mimo trekkingowego charakteru wyprawy nie należy go lekceważyć i potrzebne jest naprawdę solidne przygotowanie kondycyjne, ponieważ wejście (około 9 godzin) i zejście ze szczytu (około 5 godzin) przeciętnie zajmuje około 14 godzin !!!

Uwaga:
W związku z czasochłonnymi procedurami załatwiania wiz i pozwoleń zgłoszenia na wyprawę powinny być dokonywane najpóźniej 1,5 miesiąca przed planowanym terminem wyjazdu.
Dopuszczalna waga bagażu z bagażem podręcznym włącznie wynosi 20 kg!!!





Umowa na Elbrus





Relacje uczestników wyprawy na Elbrus:
RELACJA VII (Joanna Całka) - 2013

W pogoni za marzeniami... Elbrus 2013

Nie byłoby wyprawy na Elbrus gdyby nie Kilimandżaro 2 lata wcześniej, bo właśnie tam na szczycie, no może przy zejściu, pojawił się pomysł na Elbrus. I tak oto nadszedł ten moment...
Będąc na lotnisku zastanawiałam się razem z Agnieszką (z lekkim niepokojem) czy nowo spotkani ludzie okażą się dobrymi kompanami. I nagle podchodzi do nas koleś z dredami i mówi:

- Słuchajcie, czy wy przypadkiem nie wybieracie się na Elbrus? bo Rysiek poprosił mnie, żebym "zaopiekował się" dwoma dziewczynami lecącymi z Warszawy do Moskwy...(?)

Widocznie byłyśmy tak charakterystyczne, że wystarczyło jedno spojrzenie bystrego kolegi i już nas odnalazł (dodam, że jest m.in. treserem psów, ha,ha,ha). I tak zaczęła się nasza znajomość z Piotrkiem. Przed wylotem, jeszcze po piwku na rozluźnienie i wsiadając do samolotu mieliśmy wrażenie, że znamy się jak „łyse konie”. Kolejnym przystankiem była Moskwa i tam mieliśmy poznać pozostałych uczestników, w tym ja również Ryśka, bo wcześniej jakoś się nie złożyło. Pierwsze wrażenie...hmmm... stanął przed nami szczupły, opalony, uciekający wzrokiem i...zupełnie normalny niczym nie wyróżniający się człowiek. Pozostali uczestnicy również sprawiali pozytywne wrażenie. Czekając na lot do Mineralnych Wód zaczęliśmy się powoli poznawać, pierwsze lody zostały przełamane, zapowiadało się nieźle.

Z Mineralnych Wód dzieliła nas już tylko kilkugodzinna droga samochodem do Czeget, naszego miejsca docelowego, gdzie mieliśmy się zameldować w hotelu Nakra późnym wieczorem. Ktoś jeszcze zapytał o kolację, na co Rysiek szybko odpowiedział:

- Jaka kolacja? Człowiek bez jedzenia jest w stanie wytrzymać tydzień...

Następnego dnia obudził nas szum deszczu więc nasz „trekking” ograniczył się jedynie do spaceru po okolicy i wypadu do okolicznych lokali, ale nie ma tego złego... Mieliśmy czas, żeby lepiej się poznać, bo spotkała się przecież grupa zupełnie obcych sobie ludzi, z różnych części Polski, z różnych środowisk i z różnymi doświadczeniami, nie tylko górskimi.



Jako, że pogodę na Kaukazie mieliśmy w kratkę, to dla miłej odmiany kolejnego dnia od rana świeciło słońce. Mogliśmy więc rozpocząć „Tą” właściwą aklimatyzację. Spokojnie, bez pośpiechu i przy wymarzonej pogodzie wyruszyliśmy w góry po raz pierwszy. Szybko jednak zastaliśmy postawieni do pionu przez Lidera, który ciągle powtarzał, że chodzimy za wolno. Summa summarum założony cel został osiągnięty, bo udało nam się dotrzeć do wysokości 3400m, skąd też po raz pierwszy ukazały nam się szczyty Elbrusa. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy wodospadzie o nazwie Warkocz Weroniki.





W drodze powrotnej spotkaliśmy rodaków Dorotę i Maćka, którzy postanowili do nas dołączyć, a na dobry początek nowej znajomości zaprosiliśmy ich na wieczór do nas.



Kolejny dzień, jakże różny od poprzedniego, spędziliśmy na...niczym, w oczekiwaniu na poprawę pogody. Lało od samego rana. Każdy miotał się z kąta w kąt, nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Odwiedziliśmy lokalną knajpę i przy różnych napojach jakoś przetrwaliśmy ten ciężki dzień, co jakiś czas nerwowo sprawdzając prognozy pogody, które niestety nie były najlepsze.Za namową Lidera na dwa dni wyjechaliśmy do Piatigorska, miejscowości kurortowo – studenckiej, aby w lokalnych, egzotycznych knajpkach trochę się zrelaksować. Wiedzieliśmy, że szansa ataku szczytowego będzie być może tylko jedna, dlatego po powrocie chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się na wysokości 4000m i „łapać” aklimatyzację. Niestety Lider Rysiek miał odmienne zdanie, ale w końcu dał się przekonać, żeby wyruszyć dzień wcześniej, co jak się później okazało było dobrym posunięciem i zaprzecza twierdzeniu, że Lider ma zawsze rację :)



Nie obyło się też bez niespodzianek. Już pierwszej nocy na wysokości 4000m głośnym waleniem w drzwi obudziła wszystkich kucharka, która wołając błagalnym głosem:

- Richaaard! Richaaard! - zdaje się nie wytrzymała panującej niskiej temperatury w pomieszczeniu gdzie spała, tudzież towarzystwa małych gryzoni. Swoją drogą, to wszyscy byliśmy (delikatnie rzecz ujmując) zaskoczeni, bo przecież przed wyjazdem otrzymaliśmy od Ryśka informację, że pomieszczenie będzie ogrzewane i zalecił by zabrać jedynie cienkie śpiwory. Tymczasem śnieg wnoszony na butach do środka jakoś dziwnie nie chciał się rozpuścić...

Rano kucharka zabrała swoje patelnie i tyleśmy ją widzieli. No trudno. Co prawda zostaliśmy bez kucharki, ale za to pogoda była idealna więc w dobrych humorach ruszyliśmy do Skał Pastuchowa do wysokości 4600m w celu dalszej aklimatyzacji. Po powrocie Rysiek, jak na Lidera przystało, stanął na wysokości zadania i... odgrzał kolację :)

Następnego dnia znowu nastąpiło załamanie pogody. Od samego rana padał śnieg i silnie wiało, a mieliśmy świadomość, że jeżeli pogoda nie ulegnie poprawie do wieczora, to nasze szanse na wejście zdecydowanie zmaleją, bo o 4 rano mieliśmy wyruszyć. Różne myśli wtedy się pojawiają: czy dam radę? a co jeśli...? itd.

I tutaj znowu okazała się nieoceniona rola Lidera, który skutecznie podnosił nas na duchu:

- Nie takie cieniasy jak wy wchodziły :)

Na szczęście wieczorem wiatr ucichł, śnieg przestał padać i wszyscy pełni optymizmu, ale nie bez lekkiego poddenerwowania tym co miało nastąpić, próbowaliśmy zasnąć. Do tematu wróciły słynne już tabletki nasenne Marcina, o których działaniu krążyły różne zabawne historie. Pół tabletki miało zdziałać cuda, człowiek miał zasnąć jak niemowlę i obudzić się jak młody bóg. Bardzo istotny jednak miał być moment zażycia specyfiku, bo podobno działanie było natychmiastowe i sen mógł przyjść zdecydowanie za szybko np. podczas mycia zębów :) Jedynym odważnym okazał się Krystian, a że postury jest solidnej, to na jednej tabletce się nie skończyło. Ubaw mieliśmy niezły tak na rozluźnienie przed atakiem szczytowym...

No i w końcu wybiła godzina zero, czas pobudki (dla tych, którym udało się zasnąć, bo w moim przypadku ciężko nazwać to snem). O dziwo wszyscy byliśmy w dobrych nastrojach, a i fizycznie czuliśmy się dobrze. W końcu po to tu przyjechaliśmy, cel był już blisko. Jeszcze tylko krótki SMS do domu: "No to idę, trzymajcie kciuki!" i w drogę.

Dlaczego ja to robię? I właściwie po co mi to ? Mówi się: "co cię nie zabije, to cię wzmocni". Brzmi jak banał, ale w moim przypadku dokładnie tak było kiedy kilka lat temu uległam poważnemu wypadkowi samochodowemu. Właśnie wtedy pomyślałam, że to jest chyba ten moment, żeby zacząć realizować marzenia, bo można zwyczajnie nie zdążyć... więc nie ma na co czekać.



10 września 2013 roku przy słonecznej i mroźnej pogodzie, okrutnie zmęczona, mocno niewyspana, lekko niedotleniona, ale niezmiernie szczęśliwa stanęłam na szczycie Elbrusa!!!

Marzenie zostało zrealizowane i teraz... pora na następne :)

Joanna Całka







RELACJA VI (Jerzy Stupała) - 2012

"tylko nie jedzcie chleba" - Kaukaz 2012

-Kaukaz ci się spodoba - Tak powiedział mój guru górski Ryszard Pawłowski.
To o czym gadać, do wyjazdu w Himalaje, kupa czasu, zwariuję!
W takim razie lecimy na Kaukaz!
Elbrus, wygasły stożek wulkaniczny, z dwoma wierzchołkami : wyższym zachodnim 5642m n.p.m. i niższym wschodnim 5621m n.p.m. o 835 metrów przewyższa pierwszą górę Alp, słynny Mont Blanc (4807 m n.p.m.). Miejscowi określają Elbrus jako: Góra Przynosząca Szczęście, Święta Góra, czy też Piersi Dziewicy. Apetyczne i zachęcające :)
Wyjazd od początku do końca, jak mawia młodzież był Coollllllllllllllll. Przynajmniej dla mnie, dziadka rocznikowego z ksywą – Kardio.

Ale jak poznałem Ryśka?
Nie było to łatwe dla mnie.
Rok temu ubzdurałem sobie "salę tronowa bogów gór"- takie miejsce w Kaszmirze, obecnie w Pakistanie, po klasycznych angolskich podziałach – od linijki i fantazji kolonialistów (czytaj grabieżców) , jak to widać najlepiej na mapie politycznej Afryki.
Dlaczego sala ?.. Bo jest to jedyne miejsce na globie gdzie cztery 8-tysieczniki są w zasięgu wzroku i...... dotyku : K2, Broad Peak i obydwa Gasherbrumy. Czy to nie wystarcza aby marzyć???
Otóż nie, nie wystarcza!
Trzeba poznać Człowieka!
I tak poznałem Ryszarda Pawłowskiego...



Na spotkanie z żyjącą legendą himalaizmu - jechałem spięty jak na pierwsze spotkanie z dziewczyną, wiedząc, że właśnie stracę cnotę - bez kitu!!!!!!
Siedzę w jakimś koszmarnym industrie w Katowicach , syf, dziwne twarze, a ja mam mokre dłonie z emocji.
Do diaska, jak ten "Napał" wygląda ? Czy nie wyśle mnie w kosmos - to myśli moje.
Kawa, 2 kawy , łapy jeszcze bardziej wilgotne, cienka stróżka potu tworzy jeziorko na stoliku.
Spieprzam, kupię sobie lody i doznam duchowej ochłody.
Umówiony czas nadszedł , towarzystwo nieznanych ludzi współuczestników kaźni Napała - nawiązała kontakt wzorowy mówiący - damy radę, możemy zaryzykować :-)

Nagle, bezszelestnie pojawia się postać filigranowa!!! Piękna, bez zbytku ciała i materii, poruszająca się zwiewnie z lekkością motyla!!...
Puściły wszystkie lęki i historie znane mi, o winach Napała, za wszystko:
Za:
1 śmierci JerzegoKukuczki
2 Tadeusza Kudelskiego
3 przypadek brata
4 wypadek na Ganeshu

Nagle monster okazał się, kim?

Niesamowicie silnym , wrażliwym, zamkniętym, a zarazem otwartym na prawdę Człowiekiem.
Ale miało być o Elbrusie. To wszystko jest o Elbrusie, bo gdybym nie poznał Ryśka, nie byłoby snu o Elbrusie i wielu innych snów na przyszłość.

Fart, szczęście, karma, dharma , różnie to zwą , ja jestem szczęściarzem!
Poznałem w zawodzie Guru - Zbigniewa Religę - totalny absolut!!!!!! Przede wszystkim Wielki Człowiek, a później cała reszta.
I ...Ryszarda Pawłowskiego w górach!
Z takimi wielkościami nie ma dyskusji w sprawie dyscypliny, którą się wykonuje!!!!!!!
I koniec, kropka.

Jednak coś więcej na temat samego wyjazdu. Zostałem bowiem, skarcony przez Lidera Ryszarda, że piszę tylko o nimi i to… bezkrytycznie :-)
Wylot z Warszawy i tu pierwsze zdziwienie. Otóż spotkane na lotnisku towarzystwo wyprawowe okazało się być.... dwa razy młodsze, wyższe i szczuplejsze ! Można by się było załamać, ale nie ja. Szybko dodałem sobie kurażu, że za to doświadczenie życiowe podwójnie większe . A co ! ?
Przelot z Moskwy do - Mineralnych Wód, bez niespodzianek i zbędnych przestojów, właściwie czasu w sam raz na zmianę terminalu i zaokrętowanie. Na miejscu zaraz zjawił się kierowca, wysłannik Sultana - naszego gospodarza i zawiózł nas do hoteliku Nakra, położonego w pięknej Dolinie Baksanu w miejscowości Czeget. Po drodze mijaliśmy liczne punkty kontrolne i potężnych facetów wyposażonych w kamizelki kuloodporne i kałachy. Dojechaliśmy jednak bezproblemowo, pomimo nocy.
Kolacja, rozlokowanie w pokojach i głęboki sen sprawiedliwego.
Następnego dnia przy pięknej pogodzie Rysiek pogonił nas na Cheget (3761 m n.p.m), w celach aklimatyzacyjnych rzecz jasna.
Zadyszałem się na starcie, zwolniłem więc i postanowiłem, że nie dam się zabić już pierwszego dnia. Doczłapałem do szczytu kolejki krzesełkowej, gdzie pomachał do mnie Sławek, zostawił mi pół piwa i pobiegł na ten Czeget, na sam czubek!

No proszę, a tu wszyscy kulturalni ludzie wyjechali na krzesełkach, siadają popijając płyn a na dodatek przed innostrańcem ( zagranicznym) - czyli mną, zaczynają tańczyć kobiety i zapraszać do zabawy. To ja rozumiem, to są wakacje ! Zupełnie tak jak to mówiła Marusia z „Czterech pancernych…” Odmówiłem tańca, ale nie odmówiłem piwa. Zszedł Sławek, porobiliśmy zdjęcia na tle Elbrusa, spowitego w chmurach. Piwko i kulturalnie na dół – tzn. kolejką.
Na dole zamówiliśmy specjał lokalny : soczysty i nie śmierdzące jak u nas swetrem, szaszłyk z baraniny, z pachnącą sałatką z pomidorów z ogórkami i z kolendrą – wykwintna prostota podana przez piękną, smukłą Bałkarkę.
Spotkaliśmy naszych, zresztą znajomych Ryśka, niejakiego Faraona i Ole. Weszli na szczyt, ale widoczność mieli do bani, mgła i silny, zimny wiatr u góry.
Cóż tak to bywa, pies utonął łańcuch pływa. Rysiu zaprosił zdobywców na mała celebrację sukcesu do nas, czyli do Sułtana. Miły wieczór wszyscy zadowoleni: zdobywcy z sukcesu, my z oczekiwania na powtórkę. Zamówiliśmy płyny rozweselające, ale zdobywcy nie pijący ! Niepalący ! Jednak nie trwało to długo. Po jakimś czasie i pili i palili i szczęśliwie do domu wrócili, tak było fajnie ! Mnie też zrobiło się tak fajnie i błogo, że wymagałem specjalnego transportu do sypialni, dzielonej ze Sławkiem. Całe szczęście, waleczny to druh, gdyż w okresie mojej nieświadomości ( relacja naocznego świadka – Bartka zwanego "Mamutem"), Sławek dosiadł plecy i dobrał się do szyi transportowca Andrzeja, zmuszając go do akrobacji w celu zrzucenia z siebie natręta, a potem klęczenia i trzykrotnego odklepania w celu poddania się ! Nasz pokój był w stanie opłakanym.

Rano przy śniadaniu - wiesz, mówi Sławek, ten Andrzej jest jakiś dziwny , on tu wczoraj klęczał?!!!
No fakt to jakieś dziwne!?
Kolejny dzień to kolejne ganianie po okolicznych górach, do wodospadu i obserwatorium, bo Rysiek tak niestety ma, ze notorycznie zmusza do chodzenia.
Ma jeszcze jedna przypadłość, jak mantrę powtarzał:
- tylko nie jedzcie chleba! (mówi to, aby wychudzony i zgłodniały tłumek nie zapchał się skrobią, zanim nie wjedzie na stół wielodaniowe jadło zasadnicze)
Ale nie nas po pożegnaniach i zgłębianiu tajemnic dusz!
Ze Sławkiem zrobiliśmy kolejny dzień restu!
Następny dzień, to wypad do Azau. Ekipa coraz bardziej zintegrowana, bezkonfliktowa. Tak trzymać!



Pakowanie i rano wyruszamy już w kierunku Góry. Po drodze zabieramy kucharkę Olgę i zapasy jedzenia na cztery dni.
Azau, wagonik i w górę do stacji Mir (3500 m n.p.m), krzesełka i jesteśmy w Garabaszi. Transportujemy plecaki i wikt do bazy, powyżej słynnych beczek po paliwie rakietowym. Mamy jeden wspólny baraczek dla nas i drugi - królestwo Olgi - kuchnia i jadalnia.
Jest już lodowiec, więc źródło wody zapewnione, warunki nie jak w spa, ale są ok i nikt nie narzeka. No, chyba że Sławek, że chrapię jak stado waleni :-) Czepia się bo ja nie słyszę.
Noc spokojna, widać poganianie nas przez Ryśka odniosło skutki, bo nikt nie miał żadnych niepokojących objawów, czyli aklimatyzacja dobra!
Rano wychodzimy do Skał Pastuchowa (4800 m n.p.m) nazywanych na cześć XIX wiecznego wojskowego topografa (Andrei Pastukhov), który próbował kilkakrotnie zdobyć szczyt i w tym miejscu zmuszony był zabiwakować.
Pogoda piękna, widoki super ! Po drodze, po lewej stronie mijamy, pokryty błyszczącym blaszanym dachem Prijut 11 - schron jedenasty , który w 1941 zajęli Niemcy i zawiesili na obu szczytach faszystowskie flagi. Po wielu próbach, dopiero po roku szmaty te zrzucił Aleksander Juszczenko ze swoim doborowym oddziałem żołnierzy.

Podczas wyjścia, okazało się, że mam tak starty przód butów, że automatyczne raki mi spadają. Dobrze, że Rysiu jak babysitter, zaopiekował się kaleką, czyli mną i załatwił zamianę raków. Z radości fiknąłem kozła i złamałam koniec jednego kijka. Wniosek ? - Nie warto się przewracać i kupować drogich kijków, bo wszystkie i tak szlag trafi.
Schodząc do bazy, mijaliśmy grupę Polaków, która słabo sobie radziła. Szła wolno i najprawdopodobniej zrezygnowała, bo nie widzieliśmy już ich więcej.
Inna dwójka krajan zrezygnowała, ze względów fizykalnych – wymioty itp., czyli zła aklimatyzacja.
Piękny i owocny dzień ! Wszyscy cali i bez dolegliwości wrócili do bazy, najedli się przygotowanych przez Olgę frykasów i z pełnymi brzuszkami oglądali zmieniające się w płomieniach zachodzącego słońca pejzaże z Uszbą ( zwaną Matterhornem Kaukazu) w tle. Nasz lider zrobił tam trzy trudne, sportowe drogi, a było to prawie 30 lat temu.
Kolacja, sen, dzień odpoczynku.

8 września - atak szczytowy.

Pobudka o 2-ej w nocy. Wyjazd ratrakiem pod skały Pastuchowa no i ... początek zabawy. Zimno jak cholera, a ja stary dureń, w windstoperowych rękawiczkach lajtowo. Gdyby nie pomoc Ryska - oddał mi własne łapawice (biorąc badziewiaste moje) i chemiczny rozgrzewacz od Łukasza, mógłbym mieć poważne kłopoty z palcami obu dłoni (a mogą się jeszcze przydać).
Wiem, że to głupota, a nie jestem nowicjuszem, bo ostatnie 5 lat każdego roku, miesiąc spędzam w górach. Teraz jestem jednak przykładem, skąd się biorą wypadki. Na szczęście byłem w "dobrych rękach" i czegoś się znowu nauczyłem!
Młodzież z „Mamutem” na czele wyrwała do góry na skróty, w stylu banzaj, a ja jak osiołek, krok za krokiem, mozolnie poruszam się, w migającym świetle czołówki w stronę trawersu. Po prawej stronie powoli rozjaśnia się niebo, czerwienią wschodzącego słońca, ale temperatura dalej ani drgnie, jakieś minus 17 C lub jeszcze mniej. Zimno.
Na tzw. siodle piękne, odlotowe widoki! Kryzys i pytanie do lidera - Rysiek nie wiem czy się wyrobię ? kawał góry jeszcze został.
- zostaw plecak na Przełęczy i do góry!
Nie pozostawało nic, tylko iść dalej. Ze szczytu góry schodziła już czwórka szczęśliwców: Paulina i Bartek Małachowscy z Bartkiem Górnickim, a później Łukasz Jakubowski.
- dawaj Kardio, będziesz najwyżej z lekarzy!
No to dawaj!
Weszliśmy , Sławek, Andrzej, który klęczał w pokoju i ja - Kardio razem na szczycie Elbrusa!



Przepiękna pogoda, doskonała widoczność ; zdjęcia i radość!!!
Doszedł, asekurujący korowód lider i kolejna wisienka na torcie - zdjęcie z legenda himalaizmu na szczycie najwyższej góry Rosji i Europy.
Tak to piękny dzień :)!!!
No ale jeszcze zejście, które spowodowało takie zakwasy, jakie miałem , no nie powiem ile lat temu, ale baaaaardzo dawno, jak wyczynowo trenowałem shotokan.
Zrealizowane marzenie i powrót i też pięknie aż do samego końca. Były strzelanki z KBKAK i KBKS, wino kaukaskie i nawet tańce : )
Rozstać się było ciężko i tylko perspektywa kolejnego wyjazdu jesienią, razem z Ryśkiem i Sławkiem do Nepalu złagodziła traumę powrotu.



Jerzy Stupała (Kardio) – dr kardiochirurg



RELACJA V (Emil Wąsacz) - 2011

"Stary człowiek i mo..." - Ernest Hemingway

Podróże i poznawanie świata to moja pasja. Krajobrazy górskie uważam za najpiękniejsze.
Od 1996 roku praktycznie wszystkie urlopy spędzam w podróżach po świecie, najczęściej z rodziną. Sam zorganizowałem wiele takich wypraw, m.in. dookoła świata, w Andy Patagońskie, na Alaskę, w kanadyjskie Góry Skaliste, do parków narodowych w zachodnim USA. Były to wycieczki objazdowe z wykorzystaniem kampera. Później zacząłem korzystać z biur turystycznych, wykupując wycieczki objazdowe. Tak zwiedziłem m.in. Antarktydę, Tybet (z bazą pod Mt. Everestem włącznie), Nepal, Iran i Peru. Z podróży zostają mi nie tylko wspomnienia, ale również mnóstwo zdjęć, filmy, które później sam montuję i udźwiękowiam, a także książki wspomnieniowe, które wydaję w nakładzie 10 egzemplarzy (dla najbliższej rodziny). Tytuł serii "W 80… lat dookoła świata". Wiele osób namawiało mnie, aby zamieścić je w internecie. Nie dałem się na to namówić. Teraz nakłoniony przez Ryśka, czynię wyjątek. Robię skróconą wersję. Dla rodziny powstanie osobna, obszerniejsza.

Półtora roku temu, w wieku 65 lat poczułem się "dojrzałym" podróżnikiem i postanowiłem poznawać świat wysokich gór i po półrocznym treningu: bieżnia, Tatry (m.in. wejście po raz pierwszy na Rysy, Krywań) wyruszyłem w październiku 2010 roku na Kilimandżaro. Wyprawa zakończyła się sukcesem i napaliłem się na kontynuowanie tego typu zwiedzania świata, celowo podkreślam - zwiedzanie, gdyż zdobycie szczytu jest dla mnie, mimo wszystko, czymś wtórnym.

Jako kolejny cel wyznaczyłem sobie Aconcaguę. Nawiązałem tym razem kontakt z Ryśkiem Pawłowskim i dopiąłem wszystko na ostatni guzik, dzięki m.in. Ryśkowi, który ułatwił mi zakup niezbędnego sprzętu do wejścia na Aconcaguę. Niestety, w ostatnim dniu przed wyjazdem, sprawy służbowe zatrzymały mnie w kraju i wyjazd na Aconcaguę przepadł. W czasie przygotowań do Aconcaguy miałem okazję poczytać, co się dało o Ryśku i lepiej go poznać, dlatego natychmiast po fiasku wyprawy na Aconcaguę zdecydowałem się na kolejne wyprawy z nim: na Elbrus we wrześniu 2011, na Island Peak w listopadzie 2011 i na Aconcaguę w styczniu 2012.

Preludium

Rankiem 25.08.2011 r. w dobrych humorach, po zjedzeniu śniadania, przygotowanego przez moją żonę - Ulę, jedziemy z Ryśkiem i Romkiem na lotnisko. Taksówkarz zorientował się, że jedziemy na górską wyprawę i stwierdził, że jesteśmy wielkimi ryzykantami, tacy faceci ze siwymi włoskami. Odrzekłem mu, że mamy po trzydzieści parę lat, a na twarzach, dla zmyłki, mamy maski.

Tuż przed Okęciem Rysiek otrzymał wiadomość, że strona południowa Elbrusu jest zamknięta i cały plan jest nieaktualny. Kontrahent Ryśka z Kaukazu, Sułtan informuje go, że mimo starań, nie uzyskał zgody na wejście od strony południowej. Na lotnisku w Mineralnych Wodach ma czekać jego szwagier z mikrobusem, który ma wszystko załatwić, aby było OK. Będziemy wchodzić od strony północnej. Nie wiemy, o co chodzi, myślimy, czy nie ma jakichś ataków terrorystycznych. Koniec końców, wszystko wyjaśni się w Mineralnych Wodach.

Na Okęciu spotykamy czterech dalszych uczestników wyprawy: Leszka Kątnika z Gdańska z synem Piotrem i jego dziewczyną Martą, oraz Marcina Bajdę. Przelot do Petersburga bezproblemowy. Po zakwaterowaniu w hotelu ruszamy na zwiedzanie Petersburga.

Czasu nie mamy za wiele i fundujemy sobie pętlę: Newski Prospekt, Pałac Zimowy, Most, Twierdza Pietropawłowska. Wracamy do hotelu i spotykamy dwóch kolejnych uczestników: Sławka i Marka. Wieczorem robimy imprezkę w moim pokoju. Jest bardzo wesoło. Rysiek opowiada, co jest najważniejsze do osiągnięcia sukcesu w górach, oprócz oczywistej sprawności. Kluczowa jest pogoda, a potem - właściwe nastawienie psychiczne. Pewne rzeczy ma się w genach lub nie i wówczas nie ma szans na sukces, m.in. adaptowanie się do wysokości. Rysiek wyjaśnia, jak na różnych wyprawach niektórzy tracą nawet po kilkanaście kilo na wadze. Ja stwierdzam, że przy moich 64 kg, 160 cm wzrostu, tyle nie mogę stracić, a Romek, który ma 177 cm i 60 kg wagi tym bardziej, chociaż się bardzo stara i je za dwóch, a wagi mu nie przybywa. Wtedy Rysiek stwierdza autorytatywnie jako lider, że nie może mi zaliczyć 160 cm, stwierdza, że mam najwyżej 157 cm, a później nieco ulega i dodaje mi centymetr - na 158 cm. Po burzy, jaka się przy tym wywiązała, postanowiono mnie zmierzyć. Wobec braku centymetra, mój wzrost został określony na 5 arkuszy A4, na których była faktura + paragon. Tak więc, została wprowadzona nowa jednostka miary.




Nowa jednostka miary

Następnego dnia, z lekkim opóźnieniem docieramy do Mineralnych Wód. Na lotnisku w Mineralnych Wodach czeka na nas Rusłan z mikrobusem. Mieścimy się bez problemu. Rusłan zna policjantów na lotnisku i tych na zaporach policyjnych.

Rusłan, około 21:00, dowozi nas do miejsca, gdzie mieliśmy mieć nocleg, ale okazuje się, że hotel "zakryt" i nie ma tam nikogo. Rusłan wiezie nas dalej po drogach, gdzie trudno sobie wyobrazić, że taki autobus może w ogóle je przejechać. My uruchomiliśmy nasze "spirytnoje" zapasy i wkrótce znieczuleni zapadamy w sen. Budzi nas zatrzymanie autobusu. Jesteśmy przed czymś, co ma być naszym hotelem na dzisiejszą noc. Będzie to kosztowało 500 rbl. pro persona (1 zł = 10 rbl.). Hotel, to pokój z jednym łóżkiem i podłogi w pokoju i kuchni. Marta stwierdza, że zjedzą ją robaki i nie chce iść spać, ale nie ma wyboru. Wszyscy się zmieściliśmy i noc przespaliśmy całkiem dobrze.


Hotel z dala od żon

Rano, gospodyni za dodatkową opłatą - 200 rbl. robi nam śniadanie. Są to dwa duże naleśniki plus herbata lub kawa. Przed hotelem stoją dwa pojazdy, które mają nas przewieźć do bazy na Polanie Emanuela, która jest na wysokości 2450 m. Są to jakieś specjalne mikrobusy UŁAZ-y na 8 osób, więc mieścimy się bez problemu z bagażami. Trasa i przejazd to coś z rodzaju hardcore. Minibusy jadą po takich drogach, że wydaje się to niemożliwe, aby można było przejechać. Odcinkami, odbywa się to na krawędziach przepaści. Auta spisują się doskonale, kierowcy także i dojeżdżamy szczęśliwie do celu. Miejsce jest położone w przepięknej dolinie wśród gór. Są tu zorganizowane stałe pola namiotowe.

Po zakwaterowaniu dowiadujemy się, że ok. 5 km od naszego postoju jest wzgórze, z którego jest zasięg telefonów komórkowych. Udajemy się w tym kierunku. Po drodze mijamy źródła termalne, w których można się kąpać. Ponieważ jest tu liczna grupa muzułmańska, to są oddzielne godziny kąpieli dla mężczyzn i kobiet. Dopytując się różnych osób docieramy na wzgórze, gdzie w jednym miejscu z trudnością łapiemy łączność.

Aklimatyzacja

Dzisiaj, tzn. w niedzielę, rozpoczynamy aklimatyzację. Śniadanie przygotowane głównie rękami Maksia, składa się z kaszy z rodzynkami, chleba z serem i herbaty lub kawy. Dzisiaj mamy dzień aklimatyzacji, czyli próbę wejścia do następnej bazy, która jest na wysokości 3750 m n.p.m. Przewyższenie jest 1300 m, czyli dość dużo. Oprócz aklimatyzacji Rysiek ma szanse ocenić nasze przygotowanie kondycyjne. Zanim wyruszymy, słyszę, spoza namiotu głos Ryśka: "Piotrek, czy ty jesteś bardziej rozgarnięty, czy twój ojciec? Nie mogę powierzyć telefonie mało rozgarniętemu" . Ja na wszelki wypadek się nie odzywam. Grupa szybko się dzieli na podgrupy. Podziwiam miejscowe krajobrazy, robię zdjęcia, filmuję. Stwierdzam, że już w tej chwili praktycznie osiągnąłem swój cel. Pogoda jest wspaniała i widoki cudowne.


Piękna panorama Elbrusu

Od czasu kiedy zacząłem interesować się geografią i górami, moim marzeniem było zobaczyć Kaukaz, gdyż wydawało się, że jedynie on jest w zasięgu. Był w "bliskim" kraju socjalistycznym. Tymczasem tak się złożyło, że zobaczyłem w międzyczasie najpiękniejsze i najwyższe góry świata: Himalaje z Mt. Everestem, Góry Skaliste, Mt. Kinley'a, Andy z Torres del Paine, Cerro Torre i Mt. Fitzroy'em i inne, a Kaukazu nie widziałem.

Według informacji od miejscowych wejście na szczyt od tej strony zajmuje od 11 do 12 godzin, a zejście 6 godzin. Oceniam, że jest to poza moim zasięgiem, niemniej jednak chcę wyjść jak najwyżej, dlatego solidnie przykładam się do aklimatyzacji. Następny dzień jest dniem odpoczynku, każdy robi co chce.


Pogoda jest wspaniała i widoki cudowne

Ja, Romek i Rysiek udajemy się do "budki telefonicznej" odległej od nas o ponad 5 km. Chwilowy brak łączności u wszystkich. Ja nadaję SMS do Uli. Po 5 min pik, tzn. SMS doszedł. Wybieram telefon Uli z pracy i mam połączenie. Informuję ją o aktualnej sytuacji, m.in. że raczej nie mam szans na wejście. Natomiast Ryśkowi udaje się tylko wysłać SMS-a do Magdy, a Romek nie uzyskuje żadnego połączenia. Rysiek, aby uzyskać lepsze połączenie postanawia udać się na sąsiednie wzgórze. Trzeba zejść w dół, pokonać rzekę i wejść z 200 m do góry. Niestety, gdy Rysiek schodzi na dół, rzeka okazuje się nie do pokonania i wracamy z powrotem. Po drodze mijamy źródła termalne, gdzie kilku naszych korzysta z nich. Trzeba błotkiem wysmarować kolana, siedzieć tak 45 min, a potem 15 min moczyć się w wodzie. Temperatura wody około 20 oC. Jak szliśmy w tamtą stronę, musieliśmy to miejsce omijać łukiem, gdyż był czas kąpieli kobiet.

Pogoda ciągle wspaniała, na niebie żadnej chmurki, a w nocy niezwykle rozgwieżdżone niebo. Kolejny dzień to kolejne wejście aklimatyzacyjne do bazy na 3750 m. Ponieważ znam trasę, to idę samotnie do góry, z góry wracamy bardziej w grupie. Trasa składa się na przemian z odcinków płaskich oraz dość stromych, aczkolwiek bezpiecznych. Następnego dnia opuszczamy bazę na Polanie Emanuela i przenosimy się do górnej bazy. Pogoda jest nadal dobra, chociaż pod wieczór ukazują się pierwsze zwiastuny zmiany, tzn. chmurki.

W czasie dzisiejszej wędrówki, na wysokości 3000 m, spotkałem dwóch ratowników, którzy sprowadzali niesprawnego mężczyznę. Na lotnisku wylądował helikopter, który go ewakuował. Według informacji, którą pozyskał Rysiek, był to Fin, który przybył w grupie fińskiej dzień, czy dwa przed nami. Jak się okazuje, weszli od razu na 3750 m i nie schodzili w dół, czyli nie zrobili pełnej aklimatyzacji. Okazało się, że dopadła go choroba wysokogórska w postaci obrzęku płuc.

Dzisiaj mamy dzień aklimatyzacyjny, a właściwie wejście aklimatyzacyjne na 4600 m. Po śniadaniu (owsianka + chleb z kiełbasą i żółtym serem) przygotowanym przez Marinę ruszamy do góry. Jest to mój debiut zarówno w skorupach, jak i w rakach. Przyznaję, że czuję się nieswojo. Nie wiem, czy ujdę ze 100 m. Ruszamy wszyscy razem, ja zajmuję miejsce w ariergardzie, natomiast Maksio z drugim Piotrem w awangardzie. Idzie się ciężko. Cały czas praktycznie prosto na krechę w górę. Docieram do pierwszych skałek, gdzieś na 4400 m i wracam z resztą grupy.

Po powrocie jemy obiad: gulasz z kaszą oraz barszcz ukraiński. Do Mariny przychodzą dwaj bojcy - skośnoocy i zbrojni po zęby. Pełnią chyba straż graniczną. Mają ochotę popisać się strzelaniem. Pytają nas o zgodę. Ustawiają butelki po wodzie i strzelają do nich, ale nie trafiają. Strzela również Marina, a także Piotr Marcinkowski. Wszyscy oddają po trzy strzały, ale wszystkie pudła. Następny dzień, to dzień odpoczynku po wejściu aklimatyzacyjnym. Dzień się dłuży. Niestety, pogoda zdecydowanie się psuje. Nie pada, ale Elbrusu nie widać. Cały w chmurach.

Dzień ataku

Nie wiadomo, czy dzisiaj w nocy będzie wyjście. Ja w każdym razie namawiam Ryśka, aby się zgodził na taki wariant, że ja nie będę wychodził w nocy, gdyż wg mojej oceny, nie mam najmniejszych szans na wejście. Chcę wyjść o świcie ok. 06:00, gdy będzie widać dobrze ślady bez czołówki i kiedy będzie cieplej. Jeśli będą dobre warunki, to będę chciał iść do takiego miejsca, dokąd pozwolą mi siły, ale nie dłużej będę wchodził, niż do drugiej po południu.


W drodze do bazy na 3750 m n.p.m.

Przed chwilą Sławek zadeklarował, że dołącza do mnie, z zamiarem dojścia do max 5000 m. Prawdopodobnie pójdzie z nami jeden przewodnik. Pozostałych uczestników Rysiek ma podzielić na dwie grupy, z których jedną poprowadzi on, a drugą - drugi przewodnik rosyjski. Tak więc grupa nasza podzieli się na układ 3 : 4 : 2. Pogoda nieszczególna, ale jeśli się całkowicie nie załamie, to jest decyzja na próbę wejścia dziś w nocy.

Około północy pobudka dla czwórki: Romka, Marcina, Leszka i Krzysztofa. Wyruszają jako pierwsi z Antonem, jako przewodnikiem. Idą połączeni liną asekuracyjną. Wychodzą tuż po pierwszej w nocy. W niecałą godzinę po nich wyrusza trójka harpaganów: Rysiek, Piotr Marcinkiewicz i Maksiu. Ci idą razem, ale nie są połączeni liną asekuracyjną. Około piątej, ja i Sławek wstajemy i wpół do siódmej wyruszamy z przewodnikiem Witalijem. Marina ma przechlapaną całą noc. Dla każdej grupy przygotowuje śniadanie. Gdy wyruszają dwie pierwsze grupki, pogoda jest niezgorsza. Jest dość ciepło, jak na tę wysokość i na niebie widać trochę gwiazd.


W czasie ataku szczytowego

Gdy Sławek po piątej wychyla się z namiotu, to mówi, że jest problem, gdyż napadało śniegu i widać lampki trzech grup schodzących z góry. Przychodzi Witalij i mówi, żeby się przygotować do wyjścia, bo pogoda nie jest zła. Około 06:30 ruszamy. Idzie się bardzo ciężko. Wieje wiatr, chwilami jest wręcz porywisty tnąc śniegiem. Witalij przewodzi wyjątkowo wspaniale. Tak ustalił tempo, że przez pierwsze cztery godziny szliśmy bez postojów, za wyjątkiem przerwy na uzupełnienie ubrania. Wychodzę ubrany w skorupy z rakami, plus jedna ciepła skarpeta. Cały czas jest mi w nogi bardzo ciepło. Na dole mam spodnie polar i spodnie windstoperowe. Zdaje to w pełni egzamin. U góry mam koszulkę termoizolacyjną i polar. Na początek to wystarcza. Potem uzupełniam to o bluzę windstoperową, a na koniec dorzucam do tego kamizelkę puchową. Tnie ostrym, mokrym śniegiem, tak, że jestem częściowo oblodzony. Mimo, że idziemy bez postojów, to idę praktycznie bez zadyszki. Rękawiczki mam prawie cały czas jedwabne; na górze zmieniam na windstoperowe. Przez pewien czas, po zmianie rękawiczek, marzną mi ręce, ale później się rozgrzewają.

Po drodze mijamy naszą czwórkę schodzącą z góry. Doszli do dużych skał, na ok. 4700 m. My też dochodzimy do tego miejsca. Robię kilka zdjęć i wracamy, gdyż Sławek mówi, że jest mu zimno. Ja też czuję się zmęczony i po krótkim postoju wracamy. Dojście do skał zajęło nam 4,5 godziny. Według Witalija, do szczytu jeszcze około 6 godzin.


W dniu ataku szczytowego warunki były bardzo trudne

O 11:00 Sławek nawiązuje łączność z Ryśkiem. Okazuje się, że doszli niedaleko szczytu, ale droga stała się całkowicie niewidoczna i zrezygnowali z wejścia. W tych dniach nikt nie wszedł na szczyt. Dwóch Ukraińców, z innej grupy, doszło do tego miejsca co nasi, ale zawrócili. Dla uzupełnienia, była to próba wejścia na wschodni, niższy wierzchołek Elbrusu (5621 m). Wejście na główny wierzchołek wymagałoby dodatkowych kilku godzin. Po naszym powrocie znów zaczęło intensywnie padać, a gdy wróciła trójka, rozpętała się burza z piorunami i opadami śniegu. Rysiek opowiadał, że było bardzo trudno, widoczność beznadziejna, a niektóre miejsca były wręcz lawiniaste.

Po powrocie do namiotu, Leszek, Marcin, Krzysztof, Maksiu i Piotr Marcinkowski zdecydowali się na własną rękę, że pozostaną u góry i w poniedziałek 05.09.br. podejmą próbę ponownego wejścia. Ja, Sławek, Romek i Rysiek schodzimy jutro w dół. Anton znosi jeszcze dziś na dół mój i Romka główny bagaż. Dołącza do niego Leszek, który chce się porozumieć się z synem Piotrem i Martą, co mają zamiar robić jutro.

W naszym namiocie robi się luźniej a na dworze paskudniej i do naszego namiotu dołącza trzech trekkerów z małego, rozbitego obok namiotu. Dwóch jest anglojęzycznych a trzeci Rosjanin. Gdy się dowiaduje, że jesteśmy Polakami, to mówi, że jest kibicem Spartaka Moskwa, który został wyeliminowany z Ligi Europejskiej przez Legię Warszawa, co było wielkim szokiem dla Rosjan. Gdy piszę te słowa, na zewnątrz dalej szaleje burza. Gdy na drugi dzień żegnaliśmy się, ustaliliśmy, że będzie kibicował dalej za Legią Warszawa, gdyż lepiej przegrać z kimś, kto dalej awansował, niż z byle patałachami.

Schodzimy

Noc przebiega spokojnie z jednym wyjątkiem. Rosjanin, który śpi na pryczy na piętrze, całą noc rzuca się na łóżku, tak, że cała konstrukcja trzęsie się i trzeszczy. Chwilami mam obawy, że się wszystko rozleci. Rano o siódmej, gdy chcę wyjść z namiotu, okazuje się, że są problemy, gdyż wyraźnie dopadało śniegu i są problemy z otwarciem drzwi od namiotu. Na dworze jest biało-czarno, gdyż jest mieszanka czarnych głazów ze świeżym śniegiem. Niebo jest zasłonięte chmurami, Elbrusu w ogóle nie widać. Ciągle pada. Jemy śniadanie i po spakowaniu ruszamy w dół inną drogą. Z uwagi na fatalną pogodę, wszyscy decydują się na zejście w dół. Początkowo idziemy wśród padającego śniegu, który wkrótce zanika i jest coraz cieplej.


Żegnamy górny obóz tonący w śniegu

Po powrocie byliśmy świadkami, jak ściągano, na czymś w rodzaju sanek ratowniczych, kolejnego trekkera, którego Elbrus nie zaakceptował. Na 3750 m, gdzie spaliśmy cztery noce, ciężko się rozchorował. Tak więc Elbrus w ostatnich dniach nikomu nie był łaskawy, a nawet trzy osoby wymagały pomocy przy zejściu z 3750 m. Gwiazdą w obsłudze była Marina, która zarówno na 2450 m jak i na 3750 m wyczarowywała bardzo dobre posiłki. Rysiek wziął od niej kontakt. Twierdził, że Marina jest w stanie załatwić na przyszły rok pozwolenie na wejście do najpiękniejszej doliny Kaukazu - Bezingi. Są tam piękne miejsca dla wspinaczy, ale także urocze miejsca dla turystów górskich. Być może się tam wybiorę.

Rano pakujemy się, jemy śniadanie, tym razem m.in. kaszę mannę z rodzynkami i czekamy na zamówione auto. W nocy padał intensywny deszcz, ale teraz pogoda się poprawiła. Samochód, zgodnie z planem, pojawia się około 11:00. W międzyczasie ląduje helikopter wojskowy, który ma zabrać szczątki helikoptera znajdującego się prawie dwa tysiące metrów wyżej. Oczywiście, natychmiast zakazują fotografowania. Około 11:00 wsiadamy do tego samego auta UAZ-u co poprzednio, i w drogę. Lokuję się na przednim siedzeniu, aby filmować niezwykłą trasę, tę co poprzednio. Dzisiaj jest jeszcze bardziej niebezpiecznie, bo bardzo ślisko.

W pewnym momencie musimy wysiąść, bo auto zaboksowało. Rysiek kazał zabrać ze sobą dokumenty. Gdyby auto spadło, to zostalibyśmy bez niczego. Droga polna o szerokości niewiele przekraczającej szerokość auta, z wybojami, pnąca się stromo w górę lub spadająca ostro w dół na kilkusetmetrową przepaścią. Powiedzieć, że jechaliśmy z duszą na ramieniu, to zbyt mało. Dusza zawędrowała chyba każdemu na czubek ostatniego włosa. Ostatnie dwa dni spędzamy w Kisłowodzku, bardzo ładnym uzdrowisku u podnóży Kaukazu. Wykupujemy wycieczki w okolice Kisłowodzka.

Emil Wąsacz



RELACJA IV (Zbyszek Kowalczyk) - 2010

Maskotka najlepszym przyjacielem ELBRUS 2010

03.09.
9.00 rano zaczynamy się zbierać na lotnisku. Dochodzi do pierwszych rozmów, zapoznajemy się. Okazuje się, że na wyprawę na Elbrus stawiło się 10 osób wraz z Ryśkiem Pawłowskim liderem naszej grupy.
11.15 odlatujemy z Warszawy do Moskwy
15.15 czasu moskiewskiego lądujemy w Moskwie skąd samolotem udajemy się do Mineralnych Wód.
22.40 z Mineralnych Wód busem docieramy do mieściny Czeget, skąd dookoła widać szczyty gór. Tu spędzamy trzy dni. W trakcie których poznajemy się na dobre a nawet zaprzyjaźniamy. Całe dnie spędzamy na wycieczkach aklimatyzacyjnych a wieczory na pogawędkach przy piwie i winie. Ktoś nawet stwierdza, że w sumie jest fajnie i pięknie ale jakoś tak nudno te dni upływają bez mocnych doznań i adrenaliny. Jak się później okazało przyszedł czas i na to.

07.09.
O 13.10 ruszamy nareszcie do bazy Garabaszi usytuowanej na wysokości 3800 m. Do bazy docieramy o 15.30. Zostajemy zakwaterowani w beczkach w przenośni i dosłownie. Beczki to po prostu zaadoptowane na cele mieszkalne ogromne beczki po paliwie. I tu zaskoczenie. O dziwo beczki są nawet fajne w środku. Jest prąd i grzejnik olejowy. Także kolejne noce spędzamy w ciepełku i w znośnych warunkach mieszkalnych.

08.09.
Ranek przywitał nas śniegiem. I z dnia na dzień z lata zrobiła się zima. Jest zimno, pada śnieg i jest silny wiatr.
O 10.10 ruszamy całą naszą dziesiątką na ostatni zaplanowany przez Ryśka wypad aklimatyzacyjny do Skał Pastuchowa usytuowanych na wysokości 4700. Pogodę mamy nie szczególną. Na szczęście to tylko wypad aklimatyzacyjny a nie atak szczytowy.
Około godziny 11.00 kręcąc kamerą odruchowo liczę naszą grupę i ku mojemu zdziwieniu jest nas 9 osób. Szybko ten fakt zgłaszam Ryśkowi, liderowi naszej wyprawy. Okazuje się, że brakuje Jurka. Rysiek z Robertem zawracają. Po paru minutach i jakichś 150 metrach znajdują Jurka w szczelinie śnieżno-lodowej. Aż strach pomyśleć co by było gdybyśmy odeszli dalej, a śnieg zasypałby nasze ślady. Rysiek szybko zbiega po pomoc, a my zostaliśmy przy Jurku. Po godzinie przyjechał ratrakiem wraz z grupą ratowników . Godzinę trwało wydobywanie Jurka ze szczeliny i umieszczenie go w ratraku. Okazało się, że Jurek jest poobijany i ma złamaną prawą nogę. Wszyscy wróciliśmy do bazy w minorowych nastrojach. Rysiek pojechał z Jurkiem do szpitala a my czekaliśmy na informacje. Wieczorem Rysiek podał przez radiotelefon informację Kazikowi, że wróci do bazy następnego dnia po południu i polecenie żebyśmy nie siedzieli w bazie tylko rano ruszyli na wypad aklimatyzacyjny, weszli jak najwyżej zdołamy, ale kategorycznie odradza nam atak szczytowy. Niestety końcówki polecenia Kaziu nam nie przekazał. Zatem polecenie wejścia jak najwyżej odebraliśmy jako zachętę do ewentualnego zaatakowania szczytu.
Kazik, Adam, Robert, Ania, Paweł i ja postanowiliśmy w takim razie wstać bardzo wcześnie rano i o 4.00 wyruszyć do Skał Pastuchowa a jeśli wystarczy nam sił i pogoda dopisze wejść na szczyt Elbrusa.

09.09.
Wyruszamy z bazy o 4.10. Około godziny 7.30 przy dobrej pogodzie i w dobrej kondycji docieramy do Skał Pastuchowa. Wszyscy decydujemy się iść dalej. Od Skał Pastuchowa każdy szedł swoim rytmem i nasza grupa rozciągnęła się. Pierwsi do przełęczy dotarliśmy ja z Kazikiem. Kaziu(mający znaczące doświadczenie himalajskie) cały czas mnie podgrzewał do dalszego wchodzenia podając mi informacje typu… Jak damy radę dojść do przełęczy do 12.00 to mamy szansę wejścia na szczyt… Później informacja, że na szczycie powinniśmy być nie później jak o 14.00. Tym samym Kaziu w mojej osobie upatrzył sobie kompana do zdobycia szczytu. Zgodnie z planem Kazika do przełęczy dotarliśmy o 11.55. W tym momencie wiedzieliśmy, że szczyt jest w zasięgu naszych możliwości. Pogoda była dobra i mieliśmy jeszcze pewien zasób sił. W wyniku zmęczenia i pośpiechu nawet nie zauważyłem na przełęczy szałasu jaki tam pobudowano dla bezpieczeństwa wchodzących w razie nagłego załamania pogody z czego słynie Elbrus. Do ostatniego etapu wchodzenia na szczyt ruszył Kaziu a ja za nim. Tuż przed szczytem zaczęło mocno wiać i podrywać sypki śnieg leżący na górze. W pewnym momencie zauważyłem Kazia schodzącego z góry. Zapytałem go ile jeszcze do szczytu. Kaziu odpowiedział, że jeszcze około 100 metrów. Widząc, że pogoda się pogarsza zapytałem Kazia czy zaczeka na mnie. Kaziu odpowiedział - "Chłopie pogoda się wiesza ja uciekam na dół, zaczekam na Ciebie na przełęczy". Trochę mnie to zasmuciło bo do tej pory Kaziu widział we mnie kompana do wchodzenia a raptem coś mu się odwidziało i zostawił mnie samego. Szybko pokonałem ostatnie 100 metrów i wszedłem na szczyt. Na szczycie bardzo mocno wiało. Także nie mogąc ustać na nogach usiadłem wypiłem ostatnie łyki herbaty, zatknąłem flagę Polski na szczycie (niestety flaga po 10 sekundach odfrunęła), nakręciłem dwuminutową sekwencję na kamerze i udałem się w drogę powrotną. Gdy wstałem i wykonałem pierwsze kroki w dół zrozumiałem, że jest bardzo źle. Pogoda raptownie się pogorszyła i zaczął padać drobny grysik, który niesiony przez silny wiatr zaczął zaklejać mi okulary i maseczkę ocieplającą twarz. Zdjąłem okulary bo nic nie widziałem i maseczkę bo zalegający na niej zamarznięty śnieg uniemożliwiał mi oddychanie Widoczność spadła raptownie do około 5 metrów. Jak się później dowiedziałem od rosyjskich ratowników, odczuwalna temperatura spadła wtedy do -30 stopni a w nocy do -39. W takich warunkach zacząłem schodzić szukając czerwonych tyczek znaczących drogę w dół. Nawianego grysiku było już tyle, że grzęzłem w nim wspomagając się czekanem. Były momenty, że szedłem na kolanach i co chwilę musiałem chować głowę między nogi by móc normalnie oddychać i wyrównać oddech. Gdy oddychałem stojąc, grysik wraz ze wciąganym powietrzem grzązł mi w obolałym od mrozu gardle. Pierwsze 4 tyczki odnalazłem dosyć szybko. Niestety piątej już nie mogłem. Nauczony doświadczeniem w Tatrach aby chodzić od znaku do znaku i nie tracąc z oczu ostatniego szukać wzrokiem następnego. W ten sposób szukałem kolejnych tyczek. Nie tracąc z oczu czwartej tyczki z uporem szukałem następnej. Niestety nie mogłem jej znaleźć. Zakolami oddalałem się od ostatniej widocznej tyczki ale piątej wciąż nie było. Szukałem pół godziny, godzinę, półtorej. Po dwóch godzinach szukania kolejnej tyczki w totalnej bieli wycieńczony, zmarznięty i zrezygnowany zdałem sobie sprawę, że to koniec. Nie miałem już sił na nic a racjonalne myślenie zakłócał ból zmarzniętej twarzy i rąk. Usiadłem pod czwartą tyczką i powiedziałem sobie. No cóż brałeś pod uwagę przed wyjazdem, że może do tego dojść. Widać tak musi być. Zaczęło mi się robić błogo i gorąco. Rozpiąłem kurtkę i tak siedząc zacząłem rozmyślać co jeszcze mogę zrobić i analizować wiedzę z przeczytanych książek o tematyce górskiej. W pewnym momencie przypomniałem sobie o powtarzającym się motywie w kilku książkach, że na wyprawy w góry dobrze jest wziąć ze sobą do plecaka ulubioną maskotkę od bliskiej osoby. Ta maskotka w ciężkich chwilach doda nam otuchy siły przetrwania i woli życia. Miałem ze sobą taką maskotkę, którą dostałem na walentynki od Agi mojej sympatii. Natychmiast wyjąłem ja z plecaka i położyłem sobie ją na dłoni. I co i poskutkowało. Zdałem sobie sprawę, że przecież mam dla kogo żyć, że obiecałem Adze, że wrócę z tej wyprawy cały i zdrowy. Zatem moim obowiązkiem jest walczyć za wszelką cenę o swoje życie i dane słowo. Ogarnęła mnie wewnętrzna złość i gniew a w ciele poczułem przypływ adrenaliny i siły do walki. Wstałem i zrobiłem parę kroków w dół i w pewnym momencie około 20 metrów niżej zobaczyłem piątą tyczkę, którą z takim mozołem szukałem przez dwie godziny. Uradowany biegłem wręcz do niej zsuwają się ze zbocza. Kolejne tyczki odnajdowałem już prawie bez większych problemów. Niektóre wystawały z nad śnieg tylko, dosłownie po 20 centymetrów. Zadałem sobie wtedy sprawę, że w tym feralnym miejscu po prostu jedną tyczkę musiało zasypać i stąd moje trudności w jej odnalezieniu. Po kolejnych dwóch godzinach docieram do drewnianego schronu na przełęczy. Jest godzina 18.15. Jestem już tak wykończony i pogoda tak fatalna, że decyduję się spędzić tutaj noc. Wczołguję się włazem od dołu i padam z wycieńczenia na drewnianą podłogę . Po paru minutach wyjmuję czołówkę i zapalam ją. Ku mojemu zdziwieniu i radości odnajduję dwa rozłożone śpiwory, około 20 kilogramów konserw w dużym worku, mnóstwo zupek w proszku, herbatę, chrupkie pieczywo. Jest też palnik i dwie pełne butle turystyczne z gazem. Był tam nawet śnieg do topienia na wodę. Poczułem się jak w hotelu. Gdy zaspokoiłem głód i pragnienie, napisałem sms-a do Ryśka Pawłowskiego, lidera naszej grupy. Opisałem swoją sytuację i napisałem informację, że noc jestem zmuszony spędzić na przełęczy w schronie. Okazało się, że w środku, ani na zewnątrz nie mam na przełęczy zasięgu telefonii komórkowej i wysłanie informacji, jest niemożliwe. Po trzech godzinach prób mój telefon padł. Z łezką w oku wspomniałem sobie radiotelefon, który Rysiek dał Kazikowi aby ten co dwie godziny nawiązywał łączność z Ryśkiem. Niestety Kazik nie czekał na mnie na przełęczy jak obiecał. Zszedł wraz z radiotelefonem na dół. Wiedziałem, że na dole wszyscy się o mnie martwią. Domyślałem się jak bardzo to przeżywa Rysiek i jak bardzo zamartwia się moja sympatia brakiem sms-ów ode mnie. Całą noc nie spałem. Bałem się zasnąć. Wiedziałem, że muszę dużo pić bo szałas był na wysokości 5300 i bałem się zapaść w chorobę wysokościową. Całą noc sączyłem herbatę z termosu i ruszałem się w śpiworach bo było mi piekielnie zimno. Temperatura w szałasie spadła nocą do -10 stopni. I to była już temperatura rzeczywista a nie odczuwalna (tak wskazywał mój zegarek). Zatem być może nie była aż tak zimno ale zmęczenie i emocje trzęsły całym moim ciałem. To była najdłuższa noc w moim życiu. O 7.00 ran do szałasu dotarła siódemka rosyjskich ratowników górskich. Pierwszy z nich zrobił ze mną niedźwiadka tak, że mało mi kości nie połamał. I powiedział. "ty żywiosz a my wsie dumali szto ty pagibł". Ratownik dla dodania mi otuchy pochwalił mnie, że zachowałem rozwagę i że nie próbowałem schodzić ze szczytu "na krechę" i że jednak udało mi się dotrzeć do szałasu. Wyjaśnił mi, że na górze przy -39 stopniach nie miałem szans na przetrwanie. Pochwalił też moją decyzję, że nie próbowałem schodzić sam po ciemku do bazy. Mógłbym zabłądzić lub wpaść w szczelinę lodową. Przez radiotelefon podali informację do bazy, że żyję i że noc spędziłem w szałasie. Polecili mi czekać na moją grupę, która za trzy godziny dotrze do przełęczy i z nimi zejdę na dół. Koło godziny 11.00 jeden z ratowników wchodząc do szałasu powiedział mi " twai druzja paszli ku wierszinie". Trochę mnie to zdziwiło, że nawet nie weszli po mnie do szałasu. Założyłem plecak i raki i wyszedłem. Na zewnątrz przywitała mnie wspaniała pogoda. Było ciepło, bezchmurnie i bezwietrznie. W jednej trzeciej drogi na szczyt rzeczywiście zobaczyłem grupę wchodzących. Chcąc zrobić sobie zdjęcia z całą grupą i z Ryśkiem pognałem za nimi na szczyt. Już prawie na samym wierzchołku okazało się, że to Rosjanie a nie moja grupa. Po zrobieniu paru zdjęć na szczycie zapytałem dwóch Rosjan czy mogę z nimi zejść do bazy. Bez wahania zgodzili się. Po drodze opowiedziałem im swoją przygodę a oni całą drogę z troską opiekowali się mną. Pomyślałem sobie wtedy z rozrzewnieniem, że bardziej mogę liczyć na obcych Rosjan, niż na członka swojej grupy dzień wcześniej. No cóż nieraz tak bywa. Bez problemów dotarłem z Rosjanami do Beczek na wysokości 3800 m. Tam przywitał mnie Robert, który nie krył wzruszenia i radości na mój widok. Powiedział, że wszyscy myśleli, że nie żyję. W stołówce przy kolacji opowiedziałem Ryśkowi i pozostałym uczestnikom naszej grupy moje przeżycia. Lider Rysiek Pawłowski nie miał do mnie nawet cienia jakichkolwiek pretensji. Cieszył się, że wyszedłem z tego cało. Natomiast miał pretensje do Kazika, że nie zaczekał na mnie albo chociaż nie zostawił mi radiotelefonu. Na stołówce dowiedziałem się, że Robert, Asia, Ania, Paweł, Maciek i Rysiek ruszają jutro o 4 rano na szczyt. Pomyślałem sobie z żalem, że szkoda, że z nimi nie będę bo byłoby fajnie wejść na Elbrus większą grupą i porobić sobie pamiątkowe zdjęcia i uwiecznić to kamerą. Tak zapaliłem się ta myślą, że postanowiłem wstać o 3.00 rano i jak będę się dobrze czuł, to pójdę z nimi na szczyt jeszcze raz.



Na drugi dzień wstałem wraz z innymi o 3.00 rano. Zjedliśmy śniadanie. Zrobiliśmy herbatę w termosy i ruszyliśmy ratrakiem do Skał Pastuchowa skąd zaczęliśmy wejście na szczyt.. Pogoda była przepiękna. Wspaniały wschód słońca o 5.30 i cały dzień wspaniałej bezchmurnej i bezwietrznej pogody. Tym razem bez przygód dotarliśmy do Skał Pastuchowa. Ja z Robertem odbiliśmy się od grupy i byliśmy na przełęczy pierwsi. Robert zmotywowany tym, że chciał szybko zdobyć szczyt i jeszcze tego samego dnia wrócić do Czeget i spróbować zmienić datę wylotu do Polski by móc być parę dni wcześniej w kraju. Ja z kolei niesiony piękną pogodą i dobrą aklimatyzacją (już byłem dwa razy na szczycie). Tuż przed szczytem poczekałem na całą grupę bym mógł wreszcie zrobić sobie z nimi zdjęcia i nakręcić kamerą ujęcia ze wspólnego wejścia na Elbrus i móc się cieszyć wspólnie zdobytym szczytem. Tym razem o 10.20 na szczyt dotarliśmy wszyscy. Robert, Paweł, Ania, Asia, Rysiek, Maciek i ja. Na szczycie gratulacjom, zdjęciom i kręceniu kamerą wydawało się nie było końca. Wszyscy cieszyliśmy się i byliśmy podekscytowani. Ja wreszcie doczekałem się na szczycie wymarzonego zdjęcia z Ryśkiem Pawłowskim. Zdjęcia trzykrotnego zdobywcy Mount Everestu i moje trzykrotnego zdobywcy Elbrusa ! To zdjęcie jest dla mnie naprawdę bardzo, bardzo cenne, bo aby je zdobyć musiałem wchodzić na szczyt, trzykrotnie dzień po dniu.

No właśnie czy musiałem ? Tu parę zdań moich refleksji już na zimno i bez emocji. Wiem na pewno, że wchodząc na jakikolwiek szczyt trzeba być mocno zmotywowanym i przygotowanym fizycznie. No i dobrze mieć ze sobą ulubioną maskotkę od bliskiej osoby. Jednak ta motywacja powinna iść w parze z rozsądkiem. Naprawdę nie powinno się wchodzić na żaden szczyt za wszelką cenę. Co prawda w moim wypadku problemem nie była desperacja ale nagłe załamanie pogody. Na tej wyprawie zaliczyłem szczyt trzy razy dzień po dniu. Jest to dowód na to, że jeśli nawet nie wszedłbym na szczyt za pierwszym razem, mogłem tego dokonać w następne dni, przy lepszej pogodzie i w większej grupie bez ponoszenia ryzyka i szastania własnym życiem. Należy pamiętać też o doborze partnerów przy wchodzeniu na szczyt, partnerów, którzy nie zostawią nas w razie czego samych. A większa grupa nam to gwarantuje. No i zabierajmy w góry, nawet te najmniejsze swoje ulubione maskotki. Niech one będą dla nas łącznikiem z osobami bliskimi. Niech w ciężkich chwilach, tak jak mnie, dodają wam otuchy, nadziei i chęci do walki o własne życie. Ale niech też będą dla was przestrogą, że nasze życie nie należy tylko do was. Nie jesteśmy i nie możemy być jego jedynymi dysponentami. Pamiętajmy, że tam na dole zawsze ktoś na nas czeka. Ktoś, kto nasze wchodzenie bardzo przeżywa i bardzo się denerwuje, a strach o nasze życie spędza im sen z oczu. Pamiętajmy o nich i nie ryzykujmy naszego życia, bo ono tak naprawdę nie należy tylko do nas. Niech te maskotki będą wsparciem w ciężkich chwilach ale i strażnikiem rozwagi i czujności, których w górach nam zabraknąć nigdy nie może. Zdobywajmy góry dla własnej satysfakcji, ale z myślą o bliskich i bez niepotrzebnego ryzyka.

Z pozdrowieniem górskim
Zbyszek Kowalczyk (Zibi)



RELACJA III (Katarzyna Urbańczyk) - 2009

ELBRUS 2009
Autonomiczna, samowystarczalna jednostka turystyczno-krocząca na Elbrusie z Ryszardem Pawłowskim.

Przymiotniki można od razu wyrzucić. Pozostała jednostka czuła i zachowywała się jak ten szczeniaczek prowadzony na lince. Po czym , podkuszona, napisała pracę zleconą.

Punkt widzenia: subiektywny.
Punkt wyjścia: pospolity. To oznacza około...a niech to... już około trzydziestu lat w miarę świadomego chodzenia po górach europejskich. Dość często samotnego, ze wszystkimi związanymi z tym problemami i przyjemnościami. To także wspomnienia pęcherzy , modłów odprawianych nad kocherem, lodowatej wody w strumieniu, wstrząsających kiblów bułgarskich i szoku cywilizacyjnego na pierwszym szwajcarskim campingu. Droga zawsze była ważniejsza niż wejście na szczyt, a jedyną reakcją na wyrażenie "zdobycie góry", była chęć ofiarowania przedmówcy cukierka. To po co lazła na Elbrus? A czemu by nie?


Elbrus.
Jaki jest z daleka, każdy widzi: białe, śliczne, przyjazne, wygodnie rozłożone górzysko, z pogodną obojętnością przyjmujące do wiadomości kilku nieszczęsnych nieboszczyków co roku. I to otoczenie! Na widok Uszby stopy zaczynają nerwowo podrygiwać; co z tego , że dla nich kompletnie niedostępna. Z bliska...No tak, wszystkie opisy podnóża Elbrusa okazały się być zgodne z rzeczywistością. Dolina Baksanu i Azał wyglądają jak po katastrofie ekologicznej, a śmietnik aż do "Beczek" kwalifikuje się do założenia stanowisk archeologicznych. Tym niemniej nie jest chyba tak źle. Przede wszystkim rzut oka na mapę pokazuje, jak rozległy jest to masyw, a jak mały fragment zajmuje zagospodarowana część. Po drugie widać bardzo przyzwoicie uprzątnięte obszary pod nową kolejką. A wreszcie wybrzydzanie nie ma sensu, bo przecież bezpośrednie otoczenie lodowca, jeszcze połączone z terenem wulkanicznym z natury rzeczy bywa paskudne. Efektem powyższego był całkowity spokój sumienia przy rozrzutnym korzystaniu z gruzawików i kolejki. Jak powszechnie wiadomo, maszyny rosyjskie SĄ niezniszczalne, a młodziutki i doskonale opanowany kierowca zapewne mógłby wjechać na szczyt, tak dla fantazji. Stara kolejka prawdopodobnie przeżyje nową.

Ludzie.
Wszyscy mili. A po kompletnej intoksykacji nalewką brzoskwiniowo-imbirową o dwunastej w południe to po prostu anioły.

Zwierzęta.
Koty, koty pojedyncze i trójkami, koty odęte i mruczące na kolanach, kociak zagubiony i kociak na lotnisku, zamieniający urzędniczki celne w nianie. Psy, odpasione, tak dla pięknych oczu towarzyszące w każdym spacerze.

Luksusy.
Po raz pierwszy w życiu wszystko dostarczone pod nos. Transport spływał z nieba, hotel, i pensjonat pojawiały się w wyznaczonym miejscu. Łóżka! Prysznice! Bez mała śniadanie na tacy! I luksus największy na tego rodzaju wyjeździe: fachowiec.


Lider.
Jaki jest, każdy może przeczytać, jako, że już obrósł literaturą. Inne nośniki informacji też są dostępne, w tym stosowny film biograficzny. Film może trochę zbijający z tropu, bo ani reżyser ani komentator nie wykazali się poczuciem humoru, a ich solenność jest porażająca, ale nie w tym rzecz, tylko w dokonaniach i możliwościach. ... Tu minuta ciszy....Przy okazji: udało się wydusić z Ryśka zdanie na temat obowiązków klienta w górach. "Ma mnie słuchać." Pracując w zawodzie, gdzie fachowość ma wartość bezwzględną, pozwolę sobie skomentować: "oczywiście". Co do poczucia humoru, nie ma obaw, co najmniej proporcjonalne do reszty.
A poza tym ta ojcowska czułość, z jaką prowadził naszą szkółkę przez wertepy...

Atmosfera.
Gładka jak stół. Rozmowy, śmiechy, opowiadania ( to wszyscy), pouczania (to lider), kto chciał się urwać, też mógł. Dla osób, które, jak to zgrabnie sformułowała Colette, "lubią być troszkę gwałcone przy wszystkich", również powstała możliwość (to ....). A puryści językowi byliby wręcz wzruszeni.

Grupa - Elżbieta, Monika, Jacek, Mirek, no i ja.
Ach i och, jak pięknie temperamenty były trzymane na wodzy. Czy mogło być coś milszego i czy trzeba coś więcej powiedzieć?

Rozczarowanie.
Nie nachodziłam się! Zapewne, siła wyższa: mają w końcu coś w rodzaju wojny. Wejścia w okoliczne doliny pozamykane, pilnowane przez wojsko, pozwolenia ewentualnie udzielane (?) po trzech tygodniach. W każdym razie nic z przyjemnego padnięcia wieczorem po całodniowej wycieczce i demonstracyjnego ścierania soli z twarzy.


Sacrum-profanum.
Nie, nie było co kaprysić, jeśli konieczność wyganiała ze śpiwora w ciemnościach. Po południu milkły maszyny ryjące zbocza Elbrusa i zapadała cisza prawie idealna. W nocy tak doskonała, że słychać było gwiazdy trzeszczące nad głową. Nerwowy wypad zamieniał się w romantyczną wyprawę. Bardziej poetycznym duszom spodobałaby się sławojka poniżej kontenerów, z kontemplacją panoramy Kaukazu i błogim spokojem. Chyba, że ktoś wcześniej wyścigował się do niej z Koreańczykiem...A ten zawsze pierwszy!

Obawy.
Wcześniejsze odpowiedzi znajomych na pytania o reakcje wysokościowe obejmowały zarówno wzruszenie ramionami jak i detaliczne sprawozdania z miotania wiktem. U nas, dziękuję, wszyscy byli zdrowi. Jednakże nieśmiało sądzę, że było coś dziwnego , jako że wstępne przejście po ratrakowej autostradzie tylko do Skał Pastuchowa, a więc na wysokość niewiele większą niż już byłam, było i nużące i lekko oszałamiające. Za to ze wschodem słońca i później piękną pogodą! Może też i różnica była zbyt duża w porównaniu do standartowych, rekreacyjnych spacerów na Czeget i do obserwatorium.

Atrakcje przed wejściem na szczyt.
Podręcznikowy przykład debilizmu w wykonaniu niżej podpisanej: nie zrzuca się plecaka z ratraku na śnieg, bo to jest stok lodowca! Przy dobrych warunkach zapewne dojechałby na rynek w Terskolu.


Wejście.
Pogoda, jak rozumiem , była nieszczególna ale i nie najgorsza, biało pod stopami, biało dookoła, ale wiatr, śnieg i temperatura zaledwie na oszronienie kominiarki. Tempo (moje) śmiechu warte: trzydzieści do czterdziestu kroków, zwis na kijkach, hyperwentylacja i da capo. Ale według literatury i zeznań kolegów-medyków, tak miało/mogło być, więc i zero irytacji. Nie wątpię, że brak widoczności w normalnych warunkach (jednostka samotna, autonomiczna itd.), nawet przy niejakim oznakowaniu palikami drogi, zawiązałby mi przełyk na supeł, ale w tym szczególnym wypadku, cóż, po prostu dalszy ciąg luksusów: LIDER CZUWAŁ. Zysk z mgły: Jacek , awangarda naszej grupy, z właściwą sobie sumiennością wykonał trzykrotnie podejście na szczyt, więc chyba zdobył już uprawnienia przewodnika? Jeden, nieprzyjemny dla mnie moment wynikający z osobniczej wrażliwości na zimno: ręce sztywne, w znajomym, żółtawo-sinym kolorze. Zgłosiłam grzecznie problem, podwijając już ogon pod siebie, a tu niespodzianka: kilka minut tortur, gęba zaryczana i, niestety, nawiązanie nieco patologicznej relacji kat-ofiara. Pokraka mogła iść dalej. Gdzie? Ano, do tego kamienia, którym tak uprzejmie zaznaczono szczyt. Serce boli, ale widoki z Elbrusa pozostają dla mnie wirtualne. Potem już tylko przyjemne, odpoczynkowe zejście, ostatnia godzina, dwie w słońcu , niebo błękitne, ciuchy pościągane i kiełkujące zadowolenie. A później była i kaszka, ściśle według przepisu dla dzieci, i kiełbaska i koniaczek i niemrawe plątanie się przy konternerach.


Konkluzja.
Warto? Pewnie, że warto!

Katarzyna Urbańczyk



RELACJA II (ks. Krzysztof Gardyna)

KAUKAZ - Elbrus - łatwa góra?
Czy istnieje coś takiego jak "łatwa góra"? Tak. Nie. Obie odpowiedzi są poprawne i wbrew pozorom nie wykluczają się wzajemnie. O żadnej górze nie można powiedzieć jednoznacznie, że jest łatwa. Wszystko zależy od warunków zewnętrznych (pory roku, dnia, pogody, konsystencji "podłoża" itp.) oraz od możliwości turysty czy alpinisty (jego doświadczenia, samopoczucia, wyposażenia itp.).

Przykładem niech będzie tu rodzime kopulaste Pilsko, "łatwa" góra w Beskidzie Żywieckim, na którą wchodzi rocznie tysiące zupełnie nie związanych z górami ceprów, a która była też pewnego razu areną walki o życie kilkunastu młodych turystów (kilkoro przegrało!).

Z moich osobistych doświadczeń wzorcem dwuznaczności "łatwizny" jest szlak z Kuźnic na Halę Gąsienicową przez Boczań i Skupniów Upłaz. Znam pewną osobę, o której swego czasu donosił dziennik telewizyjny, podając ją jako przykład niefrasobliwości niektórych turystów - osoba ta przeszła ww. trasę w górę (potem pewnie w dół też) pchając wózek z dzieckiem! Na tym samym szlaku ja sam miałem dwa razy poważne problemy. Pierwszy raz zimą, o zmierzchu, we mgle takiej, że nie było widać końca wyciągniętej ręki, błądziłem kilka godzin po terenie opisanym na mapie jako "Królowa Rówień" i udało mi się zejść do Zakopanego tylko dlatego, że trafiłem przypadkowo na tyczkę, a potem już stopą "wymacywałem" twardszy od otoczenia szlak przysypywany świeżym puchem.

Drugi raz, również w zimie, próbowałem podejść nocą na Halę przez Skupniów Upłaz podczas halnego. Gdy tylko opuściłem w miarę bezpieczny las i zacząłem podchodzić odkrytymi stokami Upłazu, pojawiły się problemy. Po zalodzonej ścieżce próbowałem iść w rakach i z kijkami. Wiatr jednak był tak silny, że podnosił mnie i rzucał kilka kroków dalej (najczęściej w kierunku odwrotnym od zamierzonego przeze mnie). Nie pomogło nawet wbijanie ostrza czekana w lód i czołganie się na kolanach - wiatr nie dawał za wygraną. Domyślając się tylko, co może mnie czekać w tzw. "Diabełku", zrejterowałem i dotarłem na Halę późną nocą przez Brzeziny (a więc zupełnie naokoło).


Elbrus jest łatwą górą. Kiedy patrzy się na niego ze stoków Czegetu (polecam jako wejście aklimatyzacyjne), wygląda banalnie: dwa zaśnieżone pagórki o łagodnych zboczach. Nie wydaje się nawet wysoki. Nie widać na nim żadnych trudności technicznych - bo ich nie ma! Gdyby porównać go z Mont Blanc, jest rzeczywiście znacznie łatwiejszy technicznie.
Poza tym jest górą atrakcyjną, przez niektórych uważaną za najwyższy szczyt Europy. "Europejskość" Elbrusa również nie jest jednoznaczna.

Część geografów widzi granicę Europy i Azji w głównym grzbiecie Kaukazu - i wówczas Elbrus jest w Europie, a tym samym jest najwyższym szczytem Europy, znacznie dystansując Mont Blanc (5642m n.p.m. przy 4807m n.p.m. szczytu alpejskiego). Inni uważają Kaukaz już za góry azjatyckie i wówczas Mont Blanc jest bezkonkurencyjny. Mieszkańcy Przyelbrusia wolą pierwszą opcję (zawsze to lepiej być Europejczykiem, niż Azjatą), bo to znacznie zwiększa ruch turystyczny na ich terenie. Dowcipną, niegeograficzną definicję granic Europy podał himalaista Piotr Pustelnik: "Jeśli Messner twierdzi, że Kaukaz to jest Europa, niech wejdzie do ubikacji w Mineralnych Wodach. Zobaczy, jak wygląda ta jego Europa. Jeśli według niego tak ma wyglądać Europa, to ja bardzo przepraszam!". Na wszelki wypadek ludzie kompletujący Koronę Ziemi wchodzą zarówno na Mont Blanc, jak i na Elbrus.

Elbrus jest też dla nas, Polaków, górą łatwo dostępną. Co prawda wprowadzenie wiz przez Rosję nieco skomplikowało formalności, ale znalazły się już firmy oferujące ominięcie tego problemu za stosunkowo niewielką opłatę. A dalej to już tylko pociąg albo samolot (pierwsza wersja tańsza, ale bardziej skomplikowana i dłuższa czasowo).

Po dotarciu do Terskola w dolinie Baksanu (ok. 2000 m n.p.m.) wystarczy się tylko zaaklimatyzować (polecany już wyżej przeze mnie Czeget - ok. 3400 m n.p.m. - w drodze powrotnej od połowy góry można zjechać wyciągiem krzesełkowym) i już można uderzać na Elbrus. Z Terskola są dwie możliwości dotarcia do tzw. "Beczek". Wersja dla oszczędnych polega na wejściu na własnych nogach (męcząco i nieprzyjemnie - ci, którzy wybrali taką wersję wspominali o brudzie, pocie i łzach). Opcja dla (nieznacznie) bogatszych polega na wykorzystaniu zdobyczy cywilizacji. Kolejka linowa (taka jak na Kasprowy) wywozi nas z wys. 2200 m n.p.m. do stacji Mir na wys. 3470 m n.p.m. (w 2001 r. kosztowało to 130 rubli od osoby za wjazd i zjazd), a stamtąd (za 30 rubli w 2001 r.) kolejka krzesełkowa dowozi do stacji Garabaszi (3800m n.p.m.) w pobliże "Beczek". "Beczki" to rodzaj schroniska, którego nazwa pochodzi od kształtu poszczególnych chatek - położonych poziomo rur. Stąd do nowego "Prijuta 11" tylko 350 m w pionie (1,5 godz. drogi). Warto zostać w "Beczkach" na przynajmniej jedną noc (warunki dużo lepsze, niż w "Prijucie"), by lepiej się zaaklimatyzować, co z pewnością zaprocentuje później. Jednak atak szczytowy przeprowadza się z "Prijuta 11" lub z położonego 100 m wyżej małego schroniska, gdzie można nawet kupić szampana i piwo.

W pobliżu schronisk istnieje możliwość rozbicia namiotów. Niezłym rozwiązaniem jest podejście wyłącznie w celach aklimatyzacyjnych do Skał Pastuchowa (ok. 4700 m n.p.m.) - opłaca się wystartować wcześnie, by śnieg był jeszcze zmrożony.

Atak szczytowy warto rozpocząć w nocy - niektórzy startują już o północy. Trzeba wziąć jednak pod uwagę warunki atmosferyczne: lepiej czasem poczekać dzień lub dwa na pogodę, niż wypalić siły podczas nieudanego ataku w złych warunkach. Pomijam w tym momencie sprawy bezpieczeństwa. Generalnie jest bardzo zimno i wietrznie, warto więc porządnie się ubrać. Podejście do Skał Pastuchowa zajmuje ok. 2 godzin. Zasadniczo idzie się po szerokiej, wydeptanej w śniegu ścieżce (widać ją wyraźnie nawet z przeciwległych stoków Czegetu). Tak szerokiej, że niekiedy nie bardzo wiadomo, którędy iść. Powyżej Skał Pastuchowa "ścieżka" robi się bardziej stroma i lekko skręca w lewo, trawersując stoki wschodniego wierzchołka Elbrusa. Przy dobrej pogodzie idzie się w tłumie ludzi (mijałem dziesięcioletnie dzieci, które później ze szczytu zjeżdżały na deskach snowboardowych!), trudno więc zabłądzić (zaznaczam: przy dobrej pogodzie!). Przed przełęczą nachylenie szlaku staje się mniejsze. Na przełęczy (wys. ok. 5400 m n.p.m.) natkniemy się na ruiny chatki (jeśli nie będą zasypane akurat śniegiem). Stąd wspinamy się (najbardziej stromy odcinek) na zachodnią kopułę Elbrusa. Szczyt (5642m n.p.m.) jest jeszcze dość daleko i widać go dopiero z podszczytowego wypłaszczenia terenu. Całość drogi (z "Prijuta" na wierzchołek) zajmuje od 8 do 10 godzin (ale bywa i dłużej).

A teraz o tym, dlaczego Elbrus łatwą górą nie jest. Wspomniane wyżej 8-10 godzin marszu to odcinek tylko w górę. A trzeba jeszcze zejść (ok. 6 godzin)! Całość więc (w dobrych warunkach i przy niezłej kondycji) zajmuje przeciętnemu turyście blisko 16 godzin. Zważywszy na fakt, że podczas trekingu w Himalajach na tych wysokościach pokonuje się odcinki najwyżej od 6 do 8 godzin dziennie - nie jest to mało! Ważna jest więc kondycja i aklimatyzacja!!! 5600 m n.p.m. to już naprawdę sporo! Podczas zejścia najczęściej robi się ciepło (okolice godzin południowych), a więc zmienia się też konsystencja śniegu. Kiedy wchodziłem na Elbrus (w lipcu 2001 r.): podczas podejścia mieliśmy betony, a w zejściu - w tych samych miejscach - tonęliśmy po kolana w śnieżnej breji. Niebezpiecznym odcinkiem jest trawers wschodniego wierzchołka. Zdarzają się tam wypadki związane z poślizgnięciem na twardym podłożu (betony lub lód). Miałem kiedyś kolegę (księdza), bardzo doświadczonego górołaza i narciarza, który podczas pobytu narciarskiego w Kaukazie wpadł na pomysł wejścia na Elbrus i na skutek poślizgnięcia się (szedł bez raków!) na trawersie i dwustumetrowego, niekontrolowanego zjazdu doznał śmiertelnego urazu głowy, a nie jest to odosobniony przypadek.

Innym niebezpieczeństwem Elbrusa są załamania pogody. W przeciągu 16 godzin może się zdarzyć wszystko. Rozgwieżdżone podczas startu niebo może pokryć się burzowymi chmurami w kilkadziesiąt minut. A wystarczy, że znajdziemy się w zasięgu chmur (czyli we mgle) i widoczność nagle spada do zera. Wówczas zaczyna się walka o przeżycie (nie dla wszystkich kończąca się szczęśliwie). Olbrzymie śnieżne przestrzenie oferują liczne możliwości (nie zawsze bezpiecznego i szczęśliwego) schodzenia w dowolnym kierunku (też nie zawsze zaplanowanym). A dodatkowym niebezpieczeństwem gór lodowcowych są szczeliny w lodowcu (a iluż alpinistów wchodzi na Elbrus związanych liną?!). Wystarczy śledzić doniesienia mediów z ostatnich dwóch lat, by zdać sobie sprawę z faktu, że łatwy Elbrus nie zawsze i nie dla wszystkich jest łatwy.

ks. Krzysztof Gardyna



RELACJA I (Bożena Skołud)

Spotykamy się w Warszawie na lotnisku, wcześniej miałam okazję poznać jedynie Ryśka Pawłowskiego, a podróż do Warszawy odbyłam z Zielonym (Zbyszek Letner- no bo wszystkie kubraczki ma zielone) i pomyślałam, o kurde ale ZOO, trochę jak z filmu Madagaskar. Pakujemy sprzęt, odprawa, przelot do Moskwy, pierwsze rozmowy, próbujemy się trochę poznać, szybkie wieczorno-nocne zwiedzanie miasta i nocleg. Raniutko odlatujemy do Mineralnych Wód. Lądujemy i cios jak pięścią między oczy - na lotnisku nie ma toalet, a na zewnątrz nie ma krzaków - uff - trochę bardziej nerwowi podróż kontynuujemy autobusem. Wreszcie udaje nam się skorzystać z cienia za przydrożną budką w jakiejś osadzie - jaka ulga.

Docieramy na miejsce trochę znużeni podróżą, ale szczęśliwi, szybko się kwaterujemy i już na następny dzień zaczynamy wejścia kondycyjne. Moje buty trekingowe najnormalniej się rozpadły i to już w czasie podróży, wystarczyły im przesiadki i zwiedzanie miasta. "Tak to już jest, że każdy ma jakieś słabe strony - Bożenka na przykład ma słabe podeszwy." Iwona to cudowne stworzenie pożycza mi swoje buty, takie na śnieg, przywiezione z Alaski, ale znacznie lżejsze od skorup, dziękuję Iwona. Pierwszego dnia kierujemy się do obserwatorium, w kolejnym dniu idziemy pod Czeget (Grzesiu Bielejec decyduje się na samotne i skuteczne wejście na szczyt). Żeby wyprawa nie była nudna to od pierwszego wieczora coś się dzieje. Pierwszej nocy głowę rozwala Mirek, z kolei następnego dnia pod wodospadem udaje się tego dokonać Marcinowi, spektakularny i krwawy upadek. Nasz miły Janek praktykuje zszywanie. Po drugim wypadku uprzedził wszystkich, że nici jeszcze ma, ale środki znieczulające się skończyły, wobec tego następną ofiarę poszyje na żywca - odważnych zabrakło, jednakże Janek dla podtrzymania sprawności paluszków wykonał jeszcze jedno dodatkowe szycie, tym razem buta.

I tak biegamy, wchodzimy i schodzimy dla nabrania kondycji i aklimatyzacji.
Wreszcie przenosimy się do beczek, atmosfera robi się coraz ciekawsza, bo z tego miejsca planujemy atak szczytowy, wcześniej jednak konieczna jest aklimatyzacja. Rysiu uświadamia nam, że Elbrus z powodu ciągłych wyziewów (to w końcu wulkan) stwarza znacznie poważniejsze trudności niż na to wygląda (a wygląda jak damski biust) i porównuje się je z wysokością 7000. Tak więc znowu wchodzimy w górę do i w dół, kolejny dzień powyżej skał Pastuchowa i znowu w dół. W czasie jednego z takich powrotów do beczek ja i Heniek tak się rozgadaliśmy, że nagle Heniu zauważył "O!!! baba wyprowadziła mnie na pole lodowe?" wyglądało ładnie, ale byliśmy świadomi, że takie pola kryją szczeliny, udało się wróciliśmy do domu ( to jest do beczek), cali i szczęśliwi, że to nie były manowce.


Noc w beczkach to kolejne przeżycie, oczywiście o spaniu nie było mowy, bo serce robi "Bum, bum, bum?" jak po zakończeniu maratonu, a ponadto na wszelki wypadek mniej więcej co 15 minut któraś z nas pytała, "śpicie?" i rozlega się NIE, Nie, Nie.

Na trzeci dzień, a właściwie w nocy, bo pobudka o godzinie 3, trochę picia, liche jedzenia, bo nic nie wchodzi do żołądka, a Rysiek nas uspokoił, że bez jedzenia można wiele zdziałać, tak na wszelki wypadek tabletka "na sranie" i w drogę. Kilka osób wyrusza wcześniej na nogach od beczek, reszta podjeżdża ratrakiem do skał Pastuchowi ( ja należę do tej mniej ambitnej grupy) i dalej już walka. Dokucza nam niewyspanie - to już trzecia noc bez snu do tego wysokość, głowa boli jak jasny gwint, a żołądek podnosi się do gardła (dobrze, że posłuchałyśmy Ryska i że jest pusty)? ale idziemy. Wchodzi się źle i niech ktoś powie, że wysokość to nic oj daje w tyłek, daje. Na trawersie powyżej przełęczy słyszę głos Lucy "Bożenka spadasz" i słyszę swoja kretyńską odpowiedź, "spokojnie mam raki" w razie zjazdu raki pomogłyby mi jedynie skuteczniej połamać lub poodrywać nogi? nic się nie stało idziemy dalej. Rysiek dochodzi do nas, wyrzuca 1,5 litrową butlę z wodą z mojego plecaka, które już nie przyda się do niczego, w tym samym czasie załamuje się pogoda. Rysiu "wrzuca" nas za skały i każe czekać, wbijamy raki i jak te porzucone psioki drzemiemy, nie ma szans, pogoda się pogarsza z każdą sekundą, do szczytu jest bardzo blisko - jest w zasięgu ręki. Rysiek każe nam wracać, zbiera wszystkich, którzy w pobliżu i zawraca wszystkich idących z dołu. Do tych, którzy poszli przodem dołącza Heniek Szczęsny i schodzi z nimi. Cześć ekipy weszła na szczyt a byli to: Zosia Kajowicz, Małgosia Łoboz, Janek Kalaciński, Grzegorz Bielejec, Mirek Baran, Marek Majkowski, Marcin Krupowicz, Jerzy Graf, Krzysztof Hejke, Heniu Szczęsny, Grześ Bielejec, oni zdążyli, a pozostali, ja wśród nich, NIE - załamka, wracamy do beczek padnięci, zniechęceni, wściekli, ale żywi. W beczkach jeszcze jedna noc, tamtejsza kucharka poczęstowała nas zupą, a tubylcy wódką, chyba miałyśmy niewyraźne buźki. Rano zbieramy niezbędny sprzęt, pozostały (raki, czekany, kurtki puchowe) deponujemy w beczkach i schodzimy w dół.

Zaczyna się degrengolada, wycieczki do miasteczka, małe wyjścia w góry w sandałkach i klapkach, najpiękniejsze żółte klapki miała Iwona (mogłyby służyć za latarnie morską - taki od nich bił blask). Jedna z wycieczek wiodła do jeziorka, ale po drodze ja i Lucy rezygnujemy z jeziorka i buch w borówki - objadłyśmy z borówek całą górę i nawet przez moment nie było nam żal straconych widoków. Za to reszta ekipy z powodu widoków straciła smak tych niesamowitych owocków. W naszym (Bożeny i Lucy) przypadku jest to uzasadnione gdyż mamy lepszy zmysł smaku niż wzroku : )

Tak przy okazji Iwona od samego początku nas testowała dostrzegając wielkie podobieństwo między mną i Lucy. Okazało się, ze coś w tym jest obie jesteśmy spod znaku Strzelca oraz chińskiego Tygrysa, Obie mamy grupę krwi 0 Rh+ i nasze psy mają takie same imiona "Kajtek". To musi być coś więcej niż przeznaczenie.

Niestety część ekipy, nas opuszcza, impreza, później pożegnania, wyjeżdżają z łezką w oku jednakże szczęśliwi, bo zdobyli Elbrus. My zostajemy z nadzieją, choć coraz mniejszą bo pogoda gorsza i gorsza, w górach spadł śnieg warunki wyglądają na trudne (przynajmniej z dołu) ale postanowiliśmy czekać? pozostaje jeden problem kto jest Jonaszem tej wyprawy, jakoś trudno nam wyrokować. Dzień przed wejściem na szczyt Adam i Jacek decydują się na powrót do domu, trochę bez sensu, bo cóż im dają te dwa dni - tak nam się wydawało, a ja na to "zobaczycie jutro będzie słońce !!!!" Wszystkich rozbawiła ta moja prognoza pogody, bo niebo raczej zapowiada koniec świata niż słońce, ale ja pomyślałam, że to jeden z nich jest naszym przysłowiowym Jonaszem. Chłopcy wyjechali, a rano LAMPA i to jaka ! Cudownie, zbieramy się, sprawdzenie sprzętu, szybkie pakowanie i po południu ruszamy do beczek pełni nadziei, ale też zaniepokojeni tym, co też nas tam spotka w górze, a czekała na nas zima. Oczywiście babki zabrały klapki na wyjścia do kibelka, a tu śniegu po uszy Kajtka, więc klapki okazały się bezużyteczne. Trochę się obawiamy, że warunki w górze będą trudne, ale postanawiamy iść. Nie pomyliliśmy się były trudne, a chwilami bardzo, najbardziej dał nam w kość porywisty wiatr zrywający śnieg i drobiny lodu i siekący tą mieszanka po twarzy. Chwilami wydawało się, że wiatr odrywa nas od ziemi i rzuca o nią z powrotem, ale walczymy. Trzy osoby rezygnują z wejścia reszta walczy do końca. Jest trudno lecz niezmiernie pięknie, niestety wiatr staje się przyczyną braku zdjęć z podejścia, aparaty wyciągamy na przełęczy, tam wiatr cichnie a słońce świeci jaskrawo na błękitnym niebie. Jest zimno Grześ Góra odmraża ręce, boli go okropnie, do tego twarz, potem okazało się, że twarze innych też ucierpiały.

Wreszcie docieramy - góra nagrodziła nas za wytrwałość jest pięknie, niebo czyste, babki mają wilgotne oczy - takie to już jesteśmy. Robimy zdjęcia i schodzimy. Tego dnia na szczyt weszli: Ryszard Pawłowski, Grzegorz Góra, Rafał Urbański, Iwona Gąsiorowska, Łucja Kalisz i Bożena Skołud.

W czasie wyprawy szczytowało 100% bab, trudno się dziwić szczęściu i uśmiechniętej twarzy Ryśka. Schodzimy, zatrzymujemy się w beczkach na krótki odpoczynek, zbieramy sprzęt i wracamy do schroniska, Oni już wiedzą, że się udało, jesteśmy szczęśliwi. Jeszcze pożegnalna impreza znowu pakowanie i wracamy do domu.

Zwykle jeździłam w góry jako solistka lub w towarzystwie jednej lub dwóch osób, nie sądziłam, że w takim licznym gronie indywidualistów może być tak miło. Nie ma nic lepszego jak spotkać niesamowitych ludzi w niesamowitych miejscach - mi się to udało.

Bożena Skołud



cofnij   strona główna







Patroni, sponsorzy i przyjaciele wypraw:

On the Summit

Signal IdiunaMak.Active Lux Time

Willa Słoneczna Planeta Gór HARD WEAR portalgorski.pl


Patagonia - Ryszard Pawłowski © 2007
webdesign : emoweb
Informacje zawarte na niniejszej stronie nie stanowią oferty w rozumieniu art. 66 i następnych kodeksu cywilnego.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie lub wykorzystanie zawartości tej strony bez pisemnej zgody autora i webmastera jest zabronione.