17.05.08 Warszawa
O 15ej na Okęciu po raz pierwszy zebraliśmy się całą ekipą: Rysiek Pawłowski (Lider), Łucja Kalisz (zwana Lucy), Piotr Polak, Agenor Gawrzyał i ja. Humory nam dopisywały. Z Lucy i Ryśkiem łączyły nas wspólne przeżycia z wyprawy na Cho - Oyu, a chłopaki okazali się bardzo fajni. Powiało mocno optymizmem, bo przecież fajna ekipa to połowa sukcesu:).
Lecieliśmy KLM do Amsterdamu i do Quito. Na szczęście pani w obsłudze nie miała problemów z naszymi bagażami, które były co nieco za ciężkie (ale jak w 20 kg zmieścić sprzęt wyprawowy to ja do dzisiaj pojęcia nie mam...).
18.05.08 Quito
W Ekwadorze byłam po raz pierwszy. W przewodniku wyczytałam, że Quito to najpiękniejsze miasto Ameryki Południowej i wkrótce przyszło mi to samej ocenić.
Rysiek miał namiary na hotel Sierra Nevada (jednocześnie agencja turystyczna) i tam udaliśmy się taxi z lotniska.
Hotel okazał się bardzo miłym miejscem, świetnie położonym (blisko centrum, bazaru, i starego miasta). Po rozłożeniu się poszliśmy na tzw. miasto, wsparci mapkami z hotelu i wyjaśnieniami, w którym kierunku się udać.
Quito naprawdę jest uroczym miejscem. Dużo pięknych budowli, szczególne kościołów (w końcu Ekwador to bardzo katolicki kraj). Szczególne wrażenie robi katedra i posąg anioła (stróża miasta) na wzgórzu.
Okazało się, że mieliśmy szczęcie przyjechać w niedzielę. Centrum było zamknięte dla ruchu samochodowego i bardzo dobrze chodziło się fotografując różne ciekawe zakątki (jak np. Bank of Ecuador). Nasz wzrok przykuwały również występy uliczne (zespół regionalny).
Okazało się, że do anioła nie da się tak łatwo dostać, bo rejon, w którym posąg stoi jest dosyć niebezpieczny i należy wziąć taxi, której jak na złość nie udawało się złapać.
Potem niestety lunęło (jak się okazało deszcz miał być odtąd naszym nieodłącznym towarzyszem) i stłoczeni w pięcioro w taxi dotarliśmy do hotelu. Byliśmy wystarczająco asertywni, żeby nie dać się wysadzić po drodze, pomimo że pan taksówkarz absolutnie pobłądził w gąszczu jednokierunkowych uliczek i twierdził, że jesteśmy niedaleko.
Niestety nie działają komórki (za wyjątkiem szczęściary Lucy, której komórka "zaskoczyła za klika dni podczas wizyty w Banku Pichincha, nie wiedząc jakim cudem), a adresów milowych nie pamiętam (za wyjątkiem pracowych...). Przynajmniej jest dużo budek do dzwonieniaJ i tanio.
19.05.08 Quito - Pichincha
O 6ej rano zbudził nas Piotrek pukając z mini ogródka. Palił skubaniec, zresztą potem wielokrotnie wprawiał w nas w zdumienie, kiedy wyciągał papierosa na wulkanach, gdzie z ledwością wchodziliśmy...
Zapoznaliśmy się z zestawem śniadaniowym: sok, rogaliki / bułki, masło, jam, 2 jajka (jak sobie życzysz) plus owoce (jada się tu polewane jogurtem i posypywane muesli /czyli po "Piotrkowem" ziarnkami dla ptaków). Z jajkami odtąd walczyliśmy (zwłaszcza ja i Lucy), żeby odstać je na miękko - z różnym skutkiem niestety. W efekcie na jajka chyba długo nie będę mogła patrzeć:).
Potem spotkaliśmy się z Freddym (zarządzającym hotelem i właścicielem agencji), który po kilku uzgodnieniach zaproponował nam następujący program: 19.05.08 Pichincha (4730m???) 20.05.08 Guagua Pichincha (4675m) 21.05.08 Ruminahui (4660m) 22.05.08 Saquisili Indian Market (rest day) 23.05.08 Iliniza North (5125m) 24.05.08 Quito (rest day) 25.05.08 Transfer to Cotopaxi Hut 26.05.08 Cotopaxi (5897m) 27.05.08 Quito (rest day) 28.05.08 Transfer to Chimborazo Hut 29.05.08 Chimborazo (6300m).
Nie ukrywam, że program ten spotkał się z mojej strony z tzw. efektem "wow". Ja liczyłam przez 2 tygodnie na wejście na Cotopaxi, a okazało się, że zmieściło się 6 wulkanów, w tym Chimborazo, który miał być zarezerwowany dla szczęśliwców z 3 tygodniowym pobytem, a nie jak ja z 2 tygodniowym:).
Spisałam ten plan do notatnika i co dziennie stawiałam znaczki, przy rozpisze, mając nadzieję, że pogoda nie pokrzyżuje nam planów.
Niestety nie byliśmy w tzw. sezonie. W maju trwa pora deszczowa, ale naszym celem jest aklimatyzacja przed Karakorum...
Okazuje się, że sezon to lipiec / sierpień (aczkolwiek wtedy na wulkanach jest wietrznie i więcej lodu) lub grudzień / styczeń.
W celu aklimatyzacji postanowiliśmy wejść na Pichinchę.
Nie ukrywam, że decyzja ta kosztowała mnie dużo stresu. Pichincha ma ponad 4700m., wjeżdża się kolejką do 4100m. Dla niektórych taka informacja oznacza, że laba - tylko 600m do wejścia, a dla mnie panika w oczach i w głowie wszystkie wydarzenia związane z Cho-Oyu i moją chorobą wysokościową oraz oczywiste skojarzenie - za szybko, za szybko! Od rana grzecznie zjadłam duramid i nifedypinę licząc, że nie będą musieli odwieźć mnie do szpitala...
Sama droga naprawdę bardzo ładna. Jak to określiła Lucy: "Tatrach to byłaby ładna wycieczka". Tutaj, bez aklimatyzacji, ten "spacerek" to walka o każdy krok. Głowa nie chciała przestać boleć, kilka razy porządnie mi się nawet w niej zakręciło i to poczucie słabości... Lucy obok też bardzo przeżywała podejście. Lider grzecznie nas wspierał, żartując, jak to on w sprawach damsko - męskich... Omal go nie zabiłam za bezpośredniość niektórych pytań, ale cóż umówmy się, że Rysiek ma u mnie wyjątkowe chody po Katmandu i za rzeczy, za które inni nie mieliby prawa przeżyć on dostaje tylko ofuknięcie i to takie malutkie, ze względu na chroniczny brak tlenu w moich płucach:).
Droga zaczęła biec już po skale, kiedy załamała się pogoda: wiatr, deszcz, a potem grad. Zobaczyliśmy że chłopaki schodzą - wycofali się spod szczytu. Mój zegarek wskazał 4630m, kiedy stwierdziliśmy, że jak na pierwszy dzień i w dodatku w taką pogodę, to nam wystarczy... W końcu Pichincha to nie był nasz cel...
Zeszliśmy (ja na pewno z duża ulgą) z powrotem do kolejki i taxi do hotelu.
W hotelu zrobiło mi się zimno (brak w aklimatyzacji) i wyciągnęli mnie z łóżka dopiero na hasło gorącej wody w łazienceJ - Lucy wie jak motywować ludzi...
Zgodziliśmy się w efekcie na program Freddiego i od następnego dnia mieliśmy już być pod opieką agencji.
Fajnie było przeczytać maile "z kraju". Gdybym wiedziała, że nie będzie działać komórka, to wzięłabym satelitę...
20.05.08 Guagua Pichincha (czyli "baby Pichincha"), 4675m
Po śniadaniu wyruszyliśmy na Guagua Pichinchę. Naszym kierowcą i jednocześnie przewodnikiem był Estalin (poprzedniego dnia podwoził nas do kolejki na Pichinchę).
Starym jak świat land roverem podjechaliśmy do wysokości ok. 4000m, a potem pod górę... Piękne widoki uprzyjemniały drogę (o ile tylko wylazły zza mgły:)). Drogę również uprzyjemniał widok grupy ok. 40 ekwadorskich dzieciaków (wycieczka szkolna?), które z pieśnią na ustach wędrowały do góry wprawiając nas w mocne zdziwienie i lekkie kompleksy - dzieciaki nie miały grama zadyszki (w przeciwieństwie do nas, ja jak zwykle mogłabym konkurować z lokomotywą...), a w dodatku ok. 4 opiekunów wspaniale dawało sobie z nimi radę...
Do schroniska szliśmy tup, tup drogą dojazdową. Robiliśmy ją jednak dla aklimatyzacji (zamiast dojechać do schroniska i wejść w godzinę na szczyt...). Estalin o mało nas nie wykończył dwoma malutkimi skrótami pod górę - niesamowite, co wysokość robi z człowiekiem. Piotrek jak zwykle wyrwał do przodu, a ja robiłam również jak zwykle za małego misia tuptusia (wolno, bez przerwy pod górę). W schronisku zaczekałam na Lucy, Agenora i Lidera (Lucy i Agenor również dzielnie walczyli z wysokością...). Agenor zadecydował nie iść na szczyt (ta wysokość), a ja, Lucy i Lider z przewodnictwem Estalina uparliśmy się, że wleziemy tym razem.
Po drodze spotkaliśmy Piotra, który doszedł do krateru, czekał na nas marznąc bardzo i zdecydował się zejść nie znając drogi na szczyt. Poszedł do Agenora, a my w kierunku szczytu. Wspaniały widok mgły rozpościerał się dookoła z widokami kamieni i czegoś, co miało być (wierzę Estalinowi) widokiem krateru.
Miałam ochotę zabić siebie albo Estalina, który poprowadził nas jakimiś zakosami po osuwającym się piachu (normalnie nie miałabym pretensji, bo to wulkan w końcu, ale trzeba mieć na względzie wysokość i braki w dotlenieniu).
Muszę jednak przyznać, że stanięcie na szczycie wynagradza wszystkoJ - poczucie, że wygrało się tą w końcu niezbyt równą walkę (dyskusja z własnymi płucami jest dość ciężka) jest naprawdę super.
Została tylko droga w dół, która dla mnie była koszmarem - nie umiałam schodzić w żwirze i piachu (na Aconcagui też miałam z tym potężny problem), mentalna obawa o moje kontuzjowane kolana paraliżowała mnie. Lider widząc chyba moją wewnętrzną walkę, nawet nie krzyczał za bardzo, tylko starał mi się racjonalnie wytłumaczyć, że to lepsza droga i jak mam iść, żeby nie spinać się tak bardzo. Co ja się naklęłam to moje, tylko Estalin zapytał Lucy cicho, co to znaczy k... (wstyd mi bardzo, ale chyba nauczyłam go popularnego polskiego przekleństwa :().
W dodatku po drodze lunęło naprawdę straszliwie - dobrze jest mieć dobry sprzęt przeciwdeszczowy...
Wysokość podziałała chyba też nam na braki w apetycie, bo nawet dobra pizza nie bardzo chciała nam wchodzić i pozostawialiśmy na kolacji po połowie porcji.
21.05.08 Ruminahui ("stone face" - na cześć indiańskiego generała, który miał być ostatnią ostoją i obrońcą Quito przed atakiem Hiszpanów), 4660m
I znowu wyjazd po śniadaniu - tym razem na klika dni (2 noce). Zostawiliśmy cześć bagaży w Sierra Nevada (plus posiadania "bazy") i w towarzystwie Freddiego i Estalina wyruszyliśmy na podbój Ruminahui i Ilinizy (która miała być naszym sprawdzianem przed Cotopaxi).
Po drodze byliśmy pełni podziwu dla 3 pasmowych autostrad w Quito, dopiero lokalna droga do Cotopaxi National Park pokazała po co jest potrzebny jeep... W ogóle Cotopaxi National Park wygląda niesamowicie. Ukształtowany poprzez płynącą lawę, "usiany" głazami wyrzuconymi przez wulkan, z widokami wulkanów sprawia wrażenie trochę jak "nie z tej ziemi".
Z wyjaśnień Freddiego dowiedzieliśmy się, że popioły wulkaniczne mogą przemieścić się na odległość 200km. Lawa podczas wybuchów wpływała do rzeki dochodząc do Quito.
Jak wybuchła Pichincha w 1999r. Quito przez 2 tygodnie odkopywało się z popiołów, praktycznie sparaliżowane (na szczęście deszcz dopomógł wysiłkom ludzi). Grzyb nad Pichinchą był na wysokości 7km i wyglądał jak przy wybuchu bomby atomowej.
Cotopaxi NP przywitał nas mgłami. Nasza lodga robi super wrażenie - 3 chatki, w pokojach łazienki z prysznicami, kafelkami, ciepłą wodą. Trzeba przyznać, że luksus w porównaniu do polskich schronisk.
My jednak tylko wyładowaliśmy rzeczy i do samochodu w kierunku Ruminahui. Lodga jest na wysokości 3750m, my pojechaliśmy na 3800m nad jezioro, by stamtąd zacząć nasze wejście. Trochę martwiłam się czasem, czy 12sta jako początek wyprawy, przy tak niestabilnej pogodzie to oby na pewno dobry pomysł?...
Grupę poprowadził Freddy. Zachowywał się jak profesjonalny przewodnik grupy i poprowadził typowy "tramwaj", czyli grupa gęsiego, w tempie takim, żeby każdy mógł iść. Stwierdziliśmy, że pełna profeska:)
W dodatku ten cudowny krajobraz! - jezioro, wzgórza, trawy i mnóstwo kwiatów, różnego koloru i kształtu. Ciekawość naszą wzbudziły tzw. poduszki, czyli kolonie kwiatów, które rosną razem w formie "poduch", żeby im było cieplej.
Szło się bardzo fajnie, zwłaszcza że próbowaliśmy "zapolować" na widok Cotopaxi, który raz po raz pojawiał się i znikał w chmurach i mgle. Lunch zjedliśmy na grzbiecie oddzielającym 2 doliny - naprawdę niesamowite widoki. Zwłaszcza, że Ruminahui wyłonił się w całej okazałości 3 szczytów na kraterze. My szliśmy na środkowy. Kiedy zobaczyłam podejście, to mi się tak średnio zrobiło - wczoraj omal nie padłam na kawałeczku pod górę, a tutaj przyszło się zmierzyć z godziną momentami całkiem pod górę... Szłam więc noga za nogą za Freddim, a Lucy znając moje nastawienie "na marchewkę" zaczęła mnie pocieszać "Misiek, jeszcze tylko kawałek, zaraz dojdziemy". No i doszliśmy do kawałka, gdzie trzeba było do szczytu przejść po skałach do góry. Stres działa chyba jednak na mnie dobrze w takim momencie, bo okazało się to szybsze do przejścia niż droga do tej poryJ. I zwycięstwo! W ramach nagrody wspaniały widok dolin w dół i brzegu krateru zasnutego chmurami - doprawdy zaczęłam już powątpiewać, czy te kratery to przypadkiem nie jest jakaś opowiastka dla turystów, albo może je zwijają i przenoszą w różne miejsca, a my akurat nie możemy na taki pokaz trafić...
Potem trochę kłopotów z zejściem po skale (uwielbiam uwagi typu "idź na tarcie"...) i Eureka! Złapałam wreszcie jak schodzić w piachu i żwirze (od razu humor mi się poprawił). Potem tylko 1 podejście pod grzbiet (co to się człowiek potrafi przy czymś takim namęczyć...) i w dół! - do logdy i na kolacyjkę.
Biedna Lucy na hasło, że jest wegetarianką został jej wyjęty kurczak z zupy... i nijak nie trafiało, że ona nadal czuje kurczaka... Zostały jej frytki i warzywka. A ja grzecznie mięsko, najlepiej w dużej ilości:)
Zasnęłam zmęczona szybko, tylko niestety wstałam całkiem wcześnie i nijak nie mogłam już usnąć - niestety zgubny wpływ wysokości. Dobrze, że lubię sobie wymyślać różne opowiadanka, to jakoś bardzo mi się nie nudziło.
22.05.08 Saquisili Indian Market, Rest day
Rysiek dorwał się do mojego plecaka... Dostało mi się za jego wagę, bo podobno 3 kg więcej spowalniają tak, że w karawanie w Karakorum idzie się zamiast 5 godzin 7 godzinL. Większość rzeczy "niezbędnych" się nie obroniła... No cóż, wypróbuję nowe podejście do pakowania jutro na Ilinizie...
Indian Market to całe miasto. Najpierw pojechaliśmy na rynek zwierzęcy oglądając resztki lam (hmmm, tzn. pojedyncze sztuki, co to się o tej porze jeszcze ostały), owiec i jakieś pojedyncze krowy. Potem przejechaliśmy na rynek ogólny, gdzie nasze zainteresowanie wzbudziły miejscowe wyroby. Nakupiłam biżuterii z nasion, tykwy z wyrytymi malowidłami i obrazy.
Potem okazało się, że w mieście (tzn. na bazarze w Quito) można było wszystko kupić znacznie taniej... No cóż, frycowe kiedyś trzeba zapłacić.
Potem ekwadorski obiad i transfer do hacjendy St. Jose. Piękne miejsce! Przywitały nas psy tzw. obronne, tzn. takie, co to na powitanie człowieka zalizać mogą na śmierć. Dom dla turystów super - 2 salony (z kominkami), jadalnia, kuchnia, 3 sypialnie z łazienkami. Piotr napalił w kominku w jadalni, a Estalin ugotował ekwadorską ziemniaczano - serową zupę.
23.05.08 Iliniza Północna, 5125m
Pobudka brrr o 4ej. Jak ja nie cierpię tak wcześnie wstawaćL ale rad niewola śniadanko (omlet) i w drogę! Droga tym razem taka, że mocno trzymaliśmy kciuki momentami, żeby nasz jeep staruszek przejechał...
Natomiast krajobraz pod Ilinizą jest niesamowity. Wąwoziki i wąwozy (pewnie kiedyś płynęła nimi lawa) i busz ze skarłowaciałymi drzewami.
Do szczytu mieliśmy 5 godzin. Rozpoczęliśmy 6.10 - 6.15 (bądź mądry i dojdź kto miał najlepiej ustawiony zegarek) z wysokości ok. 4000m. Jak wcześniej wspomniał Freddy - to test przed Cotopaxi - również 1100m przewyższenia plus śnieg i nastromienie.
Najpierw jednak wspaniałe widoki wulkanów "wystających" znad porannych mgieł... Szczególni piękny z tego miejsca był Corazon (czyli "serce"). Wokół jeszcze Cotopaxi i inne wulkany, a przed nami Iliniza Północna i Południowa. Kiedyś Iliniza to był jeden wulkan, ale w wyniku erozji powstały 2 szczyty z przełęczą i pięknym jeziorkiem.
Po drodze zaczęliśmy śpiewać piosenki. Jakoś nam się tylko repertuar "filmowy" w pamięci pozostał, więc "Pan Wołodyjowski", "Czterej pancerni", "Dumka na 2 serca", aż w końcu Lider powiedział "to w takim razie może szybciej", a nam w momencie jak to Lucy określiła "rura zmiękła" i grzecznie zakończyliśmy naszą wokalną działalność.
Po kolejnej przerwie dopadł mnie kryzys, więc w celu tzw. podładowania akumulatorów włączyłam sobie moją mp3 z "plastikową" muzyką. Zaczęłam podrygiwać w takt piosenek, co Lucy skwitowała "to może w takim razie szybciej" i cóż reakcja przewidywalna - mały miś tup, tup noga za nogą już bez podrygów:).
Dzielnie odmówiliśmy odpoczynku przed schroniskiem. Za jakieś pół godziny wyłoniło się zza mgły... Nazywane refuge (ze względu na standard tzw. bazowy) służy raczej dla osób, które chcą zdobyć oba szczyty Ilinizy (południowy jest wyższy i trudniejszy technicznie - trzeba umieć wspinać się w lodzie).
Nasza Iliniza Północna też się prezentowała całkiem okazale - bo częściowo była pokryta śniegiem. Przed schroniskiem spotkaliśmy 4 Amerykanów, którzy też szli na szczyt północny, ale ku naszemu zdumieniu w plastikach i z czekanami.
Prowadził Estalin, który biedny brnął w śniegu na pnącym się po skosie trawersie. Ja szłam grzecznie za nim zapadając się raz po raz od kolan po pas... Ale ku mojemu niezmiernemu zdziwieniu było to dla mnie o wiele łatwiejsze niż wszystko do tej pory (chłopcy powiedzieli, że jestem nienormalna). Ale było to chyba skumulowanym efektem coraz lepszej aklimatyzacji i mojego obycia ze śniegiem (po tym jak mnie Lucy i reszta bandy przeczołgała w tym zimowym sezonie po Tatrach).
Gorzej mi szło po grani i skale, ale jakoś noga za nogą i do góry. Stanęliśmy z Lucy na szczycie z poczuciem naprawdę dobrze wykonanej roboty. I co najważniejsze widoki były całkiem niezłe! Bardziej bałam się zejścia, ale Freddy zawiesił linę do asekuracji, więc spoko Maroko. A potem tradycyjnie - w żwirze i piachu w dół (drogą stromą, ale już po obyciu z tym podłożem całkiem wygodną).
Freddy powiedział, że egzamin zdaliśmy na 7 (w 10 stopniowej skali), a jest bardzo surowym nauczycielem - trochę powiało optymizmem?:).
Po zabraniu rzeczy z hacjendy wróciliśmy do Quito. Lało potężnie, więc szybko prysznic, kolacja i do łóżka!
24.05.08 Quito, Rest day
Na razie wszystko zgodnie z planem... Dzień wykorzystaliśmy na łażenie po mieście z celach zakupowo - zwiedzających. Poszliśmy m.in. na polecany bazar, gdzie znaleźliśmy wszystko, co można kupić w Ekwadorze.
Generalnie laba, zwłaszcza że po południu lało, no i na Cotopaxi trzeba się było spakować. Dokonałam cudu i spakowałam się w mały plecak - łącznie ze śpiworem, rakami, uprzężą i puchówką. Sama byłam pełna dla siebie podziwu...
25.05.08 Transfer do Cotopaxi Hut
Wyjazd spokojnie po śniadanku o 10.30. Świeciło słoneczko, więc Luci i Lider opalali się czekając na jeepa. Obydwoje zdjęli koszulki - specjalnie zaznaczam ten fakt, bo okazał się kluczowy dla dalszych wydarzeń:)
Na przedmieściach Quito postanowiliśmy zatankować (i kupić napoje). Okazało się, że Lider "posiał" takie coś, co się nosi w pasie, wypełnione kasą niestety... Zapadła decyzja - powrót. Okazało się, że zostawił podczas opalania w ogródku i znalazł zgubę Freddy. Lider tłumaczył się wrażeniem, jakie wywarła Lucy opalając się bez bluzki... No cóż ma szczęście, że znalazł wymówkę, bo inaczej musiałby się przyznać do starczej sklerozy:)
Z ponad godzinnym opóźnieniem wyruszyliśmy do Cotopaxi National Park. Tym razem jechał z nami tylko Estalin, a po drodze zabraliśmy drugiego przewodnika - Haimego - który dzień wcześniej próbował atakować Cotopaxi z dwójką Brazylijczyków. Brazylijczycy bardziej niż na aklimatyzacje stawiali na whisky (podobno w 3 dni wypili 7 butelek na 3 osoby). Za to jeden nie dał rady wyjść ze schroniska, a drugi po 5,5 godz. uszedł połowę drogi i musiał się wrócić. Przełknęliśmy nasze komentarze, myśląc jak się okazało potem, każdy podobnie, żeby się nie wychylać dopóki nie zobaczymy, jak to będzie z nami.
Na dole lało! Haime pocieszał nas tylko, że tu tak zawsze, a na górze była dobra pogoda... Jakoś tak mało mieliśmy w to wiary. Na domiar złego jakieś dosłownie 5m przed parkingiem do Cotopaxi hut urwała nam się rura z tłumikiem...
Estalin miał średnio wesoła minę... Ja też niezbyt, jak okazało się, że do schroniska (4800m), jeszcze godzina drogi w deszczu, z wypchanym plecakiem, no i pod górę rzecz jasnaL. Haime zaproponował drogę stromo pod górę, albo zygzaki... Jakoś nikt nie miał problemu z wyborem - zygzak rzecz jasna, nawet udało się znaleźć wytłumaczenie, że w końcu w plastikach idziemy:).
No właśnie, w plastikach... Nastawiłyśmy się z Lucy, że pójdziemy w naszych Maindlach w rakach - a tu Gucio, trzeba było wypożyczyć plastiki. Szczęśliwe z tego powodu to my nie byłyśmy...
Schronisko okazało się bardzo przyzwoite mimo stwierdzenia Freddiego, że jest "very basic". No cóż chyba w Polsce w schroniskach niektórych nie był...
Ogólna sala, stołówka (samemu trzeba przygotowywać posiłki, ale jest cały sprzęt i można kupić napoje np. piwo...), toalety na zewnątrz.
Estalin przygotował makaron - dla Lucy z grzybami, dla reszty z mięskiem. Biedna Lucy została nastraszona, że grzyby się ciężko trawią, więc nie ryzykowała problemów żołądkowych. Mi apetyt o dziwo dopisywał.
Haime poinformował nas, że Cotopaxi ma limit na wejście na szczyt - trzeba być do 8ej rano. Potem słońce topi śnieg i zaczyna być niebezpiecznie. Jeśli więc ktoś nie będzie w stanie dotrzymać tego limitu, będzie zawrócony.
Mimo wysokości odezwały się we mnie jakieś przebłyski inteligencji (pewnie solidna porcja kalorii pomogłaJ) i zapytałam, czy można w związku z tym wyjść wcześniej niż 1sza w nocy? Niestety chodzę wolniej niż wszyscy i może jest to jakieś rozwiązanie...
Estalin zgodził się, że weźmie mnie wcześniej (i tym podstępem miałam przewodnika dla siebie:)).
26.05.08 Atak szczytowy Cotopaxi
Ze stresu i wpływu wysokości nie mogłam spać. Agenor powiedział o 23.10 - chyba powinnaś wstawać, za chwilę przyszedł też po mnie Estalin.
Piotr i Lucy nie spali również i życzyli mi powodzenia. No cóż wiedziałam, że będzie mi potrzebne.
Po wypiciu kubka herbaty i 1 toście wbiłam się w uprzęż, mój ulubiony goretex, czołówka na głowę i do boju... Wyszliśmy o godz. 0.06.
Droga do lodowca poszła mi niespodziewanie dobrze - 40min. według Estalina było bardzo dobrym wynikiem... Zresztą ciągle się dopytywałam, jak stoimy z czasem - obawa o moje wolne chodzenie ciągle gdzieś we mnie tkwi i pewnie nigdy nie przejdzie. Wiem, że moje tempo jest wolne (tzn. wolniejsze niż reszty) i także z tego powodu chciałam iść oddzielnie (tzn. nie związana liną z resztą) - wiem jak się człowiek męczy idąc tempem nienaturalnym do niego:).
Schody zaczęły się na lodowcu. Związaliśmy się lina, włożyliśmy raki i beka... okazało się, że stok ma nastromienie ok. 45 stopni i mam niesamowite kłopoty, żeby znaleźć sposób, jak iść. Koszmar potęgował fakt, że razem z Lucy nie wzięłyśmy plastików i musiałyśmy wypożyczyć buty, które okazały się za duże. Zajęło mi naprawdę dłuższą chwilę wykombinowanie, że po pierwsze trzeba but trzymać łydką (bo inaczej but "nie reagował" na przestawianie) i przechylać się ciałem w stronę stoku na ugiętych nogach (żeby rak trzymał). Do tego marsz bokiem noga nad nogę (chwała Lucy za wyciągnięcie mnie na Kościelec, gdzie nauczyłam się tego w zimę). Po godzinie walczenia ze stokiem, butami i łydkami (które bolały przy każdym kroku i nie chciały reagować na uprzejmie zwracanie się do nich w myślach, żeby przynajmniej one dały spokój), zapytałam Estalina, jak długo jeszcze będzie tak stromo. "Do szczytu" odpowiedział mój przewodnik, pozbawiając mnie złudzeń, że jeszcze chwileczkę, jeszcze momencik i będzie łatwiej... Za mną widać było światełka tych, co wyszli później. Trójka, a następnie dwójka wspinaczy wyprzedziła mnie na tym podejściu. Właściwie czekałam tylko, kiedy dojdą mnie "nasi", bo szło mi naprawdę wolno (aczkolwiek udało się utrzymać zasadę chodzenia bez przerw, z czego byłam dumna).
Przez małą chwilę stok się litościwie pochylił i nawet maleńki trawersik pozwolił odsapnąć, ale tylko po to, aby świt ukazał długie, strome podejście na szczyt. "Czuję szczyt" - uśmiechną się Estalin, "we are the champions". No cóż - nie ma to jak słowa otuchy od Twojego przewodnika. Estalin zadzwonił do Haimego, gdzie są "nasi", ale okazało się, że mają jeszcze kawałek do mnie.
Szczyt czuło się dosłownie - Cotopaxi to czynny wulkan, więc śmierdzi siarką okropnie... "Let's do this" powiedziałam do Estalina (tłumacząc to sobie na polskie "kończ Waść wstydu oszczędź") i rozpoczęłam ostatni kawałek. Najtrudniejszy naprawdę - wysokość dawała o sobie znać, zmęczenie kilkoma godzinami walki po drodze, no i ta stromizna wykańczała kondycyjnie. W dwóch momentach żałowałam, że nie mam ze sobą 2 dziabek - nastromienie kwalifikowało się do wspinaczki a nie wchodzeniaL - na szczęście Estalin pomógł mi ciągnąc za linę, a ja grzecznie wbijałam zęby raków na wprost...
W którymś momencie minęła nas grupa trzech wspinaczy wschodzących ze szczytu, usłyszałam po hiszpańsku - "troszeczkę", "nie dłużej niż godzina" - co miało chyba być pocieszeniem... no nie powiem, żeby dla mnie nim było:( - wywołało raczej czarną rozpaczJ, że ciągle jeszcze tyle...
W dodatku nagle zaczęły na nas lecieć kawałki zbrylonego śniegu, kilka uderzeń naprawdę było bolesnych! Zaczęliśmy krzyczeć domyślając się, że "baran jakiś" schodzi w dół niezbyt ostrożnie - co okazało się prawdą.
Nagle zobaczyłam przed sobą widok, który spowodował, że oniemiałam i dosłownie zamurowało mnie. Krater Cotopaxi to jest naprawdę niesamowite zjawisko, coś tak unikalnego, że wierzyć się nie chce, iż występuje w przyrodzie. Prawdziwy cud natury, żadne zdjęcie nie oddaje tego, jaki jest wspaniały! I mieliśmy szczęście, że widoczność była idealnaJ. Zapomniałam o całym zmęczeniu - warto było! Godz. 7.30 - 30 minut zapasu do limitu... Mogłam spokojnie obfotografować ten cud! I nareszcie odpocząć:).
Postanowiłam zaczekać na resztę. Tylko zimno się zrobiło (ten brak ruchu...), więc byłam sama sobie wdzięczna, że nie dałam się przekonać Ryśkowi i jednak wzięłam puchówkę...
Agnieszki Gąsowskiej
Informacje zawarte na niniejszej stronie nie stanowią oferty w rozumieniu art. 66 i następnych kodeksu cywilnego. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie lub wykorzystanie zawartości tej strony bez pisemnej zgody autora i webmastera jest zabronione.