"...tylko nie jedzcie chleba" - (Jerzy Stupała) - Kaukaz 2012
-Kaukaz ci się spodoba - Tak powiedział mój guru górski Ryszard Pawłowski.
To o czym gadać, do wyjazdu w Himalaje, kupa czasu, zwariuję!
W takim razie lecimy na Kaukaz!
Elbrus, wygasły stożek wulkaniczny, z dwoma wierzchołkami : wyższym zachodnim 5642m n.p.m. i niższym wschodnim 5621m n.p.m. o 835 metrów przewyższa pierwszą górę Alp, słynny Mont Blanc (4807 m n.p.m.). Miejscowi określają Elbrus jako: Góra Przynosząca Szczęście, Święta Góra, czy też Piersi Dziewicy. Apetyczne i zachęcające :)
Wyjazd od początku do końca, jak mawia młodzież był Coollllllllllllllll. Przynajmniej dla mnie, dziadka rocznikowego z ksywą – Kardio.
Ale jak poznałem Ryśka?
Nie było to łatwe dla mnie.
Rok temu ubzdurałem sobie "salę tronowa bogów gór"- takie miejsce w Kaszmirze, obecnie w Pakistanie, po klasycznych angolskich podziałach – od linijki i fantazji kolonialistów (czytaj grabieżców) , jak to widać najlepiej na mapie politycznej Afryki.
Dlaczego sala ?.. Bo jest to jedyne miejsce na globie gdzie cztery 8-tysieczniki są w zasięgu wzroku i...... dotyku : K2, Broad Peak i obydwa Gasherbrumy. Czy to nie wystarcza aby marzyć???
Otóż nie, nie wystarcza!
Trzeba poznać Człowieka!
I tak poznałem Ryszarda Pawłowskiego...
Na spotkanie z żyjącą legendą himalaizmu - jechałem spięty jak na pierwsze spotkanie z dziewczyną, wiedząc, że właśnie stracę cnotę - bez kitu!!!!!!
Siedzę w jakimś koszmarnym industrie w Katowicach , syf, dziwne twarze, a ja mam mokre dłonie z emocji.
Do diaska, jak ten "Napał" wygląda ? Czy nie wyśle mnie w kosmos - to myśli moje.
Kawa, 2 kawy , łapy jeszcze bardziej wilgotne, cienka stróżka potu tworzy jeziorko na stoliku.
Spieprzam, kupię sobie lody i doznam duchowej ochłody.
Umówiony czas nadszedł , towarzystwo nieznanych ludzi współuczestników kaźni Napała - nawiązała kontakt wzorowy mówiący - damy radę, możemy zaryzykować :-)
Nagle, bezszelestnie pojawia się postać filigranowa!!! Piękna, bez zbytku ciała i materii, poruszająca się zwiewnie z lekkością motyla!!...
Puściły wszystkie lęki i historie znane mi, o winach Napała, za wszystko:
Za:
1 śmierci JerzegoKukuczki
2 Tadeusza Kudelskiego
3 przypadek brata
4 wypadek na Ganeshu
Nagle monster okazał się, kim?
Niesamowicie silnym , wrażliwym, zamkniętym, a zarazem otwartym na prawdę Człowiekiem.
Ale miało być o Elbrusie. To wszystko jest o Elbrusie, bo gdybym nie poznał Ryśka, nie byłoby snu o Elbrusie i wielu innych snów na przyszłość.
Fart, szczęście, karma, dharma , różnie to zwą , ja jestem szczęściarzem!
Poznałem w zawodzie Guru - Zbigniewa Religę - totalny absolut!!!!!! Przede wszystkim Wielki Człowiek, a później cała reszta.
I ...Ryszarda Pawłowskiego w górach!
Z takimi wielkościami nie ma dyskusji w sprawie dyscypliny, którą się wykonuje!!!!!!!
I koniec, kropka.
Jednak coś więcej na temat samego wyjazdu. Zostałem bowiem, skarcony przez Lidera Ryszarda, że piszę tylko o nimi i to… bezkrytycznie :-)
Wylot z Warszawy i tu pierwsze zdziwienie. Otóż spotkane na lotnisku towarzystwo wyprawowe okazało się być.... dwa razy młodsze, wyższe i szczuplejsze ! Można by się było załamać, ale nie ja. Szybko dodałem sobie kurażu, że za to doświadczenie życiowe podwójnie większe . A co ! ?
Przelot z Moskwy do - Mineralnych Wód, bez niespodzianek i zbędnych przestojów, właściwie czasu w sam raz na zmianę terminalu i zaokrętowanie. Na miejscu zaraz zjawił się kierowca, wysłannik Sultana - naszego gospodarza i zawiózł nas do hoteliku Nakra, położonego w pięknej Dolinie Baksanu w miejscowości Czeget. Po drodze mijaliśmy liczne punkty kontrolne i potężnych facetów wyposażonych w kamizelki kuloodporne i kałachy. Dojechaliśmy jednak bezproblemowo, pomimo nocy.
Kolacja, rozlokowanie w pokojach i głęboki sen sprawiedliwego.
Następnego dnia przy pięknej pogodzie Rysiek pogonił nas na Cheget (3761 m n.p.m), w celach aklimatyzacyjnych rzecz jasna.
Zadyszałem się na starcie, zwolniłem więc i postanowiłem, że nie dam się zabić już pierwszego dnia. Doczłapałem do szczytu kolejki krzesełkowej, gdzie pomachał do mnie Sławek, zostawił mi pół piwa i pobiegł na ten Czeget, na sam czubek!
No proszę, a tu wszyscy kulturalni ludzie wyjechali na krzesełkach, siadają popijając płyn a na dodatek przed innostrańcem ( zagranicznym) - czyli mną, zaczynają tańczyć kobiety i zapraszać do zabawy. To ja rozumiem, to są wakacje ! Zupełnie tak jak to mówiła Marusia z „Czterech pancernych…” Odmówiłem tańca, ale nie odmówiłem piwa. Zszedł Sławek, porobiliśmy zdjęcia na tle Elbrusa, spowitego w chmurach. Piwko i kulturalnie na dół – tzn. kolejką.
Na dole zamówiliśmy specjał lokalny : soczysty i nie śmierdzące jak u nas swetrem, szaszłyk z baraniny, z pachnącą sałatką z pomidorów z ogórkami i z kolendrą – wykwintna prostota podana przez piękną, smukłą Bałkarkę.
Spotkaliśmy naszych, zresztą znajomych Ryśka, niejakiego Faraona i Ole. Weszli na szczyt, ale widoczność mieli do bani, mgła i silny, zimny wiatr u góry.
Cóż tak to bywa, pies utonął łańcuch pływa. Rysiu zaprosił zdobywców na mała celebrację sukcesu do nas, czyli do Sułtana. Miły wieczór wszyscy zadowoleni: zdobywcy z sukcesu, my z oczekiwania na powtórkę. Zamówiliśmy płyny rozweselające, ale zdobywcy nie pijący ! Niepalący ! Jednak nie trwało to długo. Po jakimś czasie i pili i palili i szczęśliwie do domu wrócili, tak było fajnie ! Mnie też zrobiło się tak fajnie i błogo, że wymagałem specjalnego transportu do sypialni, dzielonej ze Sławkiem. Całe szczęście, waleczny to druh, gdyż w okresie mojej nieświadomości ( relacja naocznego świadka – Bartka zwanego "Mamutem"), Sławek dosiadł plecy i dobrał się do szyi transportowca Andrzeja, zmuszając go do akrobacji w celu zrzucenia z siebie natręta, a potem klęczenia i trzykrotnego odklepania w celu poddania się ! Nasz pokój był w stanie opłakanym.
Rano przy śniadaniu - wiesz, mówi Sławek, ten Andrzej jest jakiś dziwny , on tu wczoraj klęczał?!!!
No fakt to jakieś dziwne!?
Kolejny dzień to kolejne ganianie po okolicznych górach, do wodospadu i obserwatorium, bo Rysiek tak niestety ma, ze notorycznie zmusza do chodzenia.
Ma jeszcze jedna przypadłość, jak mantrę powtarzał:
- tylko nie jedzcie chleba! (mówi to, aby wychudzony i zgłodniały tłumek nie zapchał się skrobią, zanim nie wjedzie na stół wielodaniowe jadło zasadnicze)
Ale nie nas po pożegnaniach i zgłębianiu tajemnic dusz!
Ze Sławkiem zrobiliśmy kolejny dzień restu!
Następny dzień, to wypad do Azau. Ekipa coraz bardziej zintegrowana, bezkonfliktowa. Tak trzymać!
Pakowanie i rano wyruszamy już w kierunku Góry. Po drodze zabieramy kucharkę Olgę i zapasy jedzenia na cztery dni.
Azau, wagonik i w górę do stacji Mir (3500 m n.p.m), krzesełka i jesteśmy w Garabaszi. Transportujemy plecaki i wikt do bazy, powyżej słynnych beczek po paliwie rakietowym. Mamy jeden wspólny baraczek dla nas i drugi - królestwo Olgi - kuchnia i jadalnia.
Jest już lodowiec, więc źródło wody zapewnione, warunki nie jak w spa, ale są ok i nikt nie narzeka. No, chyba że Sławek, że chrapię jak stado waleni :-) Czepia się bo ja nie słyszę.
Noc spokojna, widać poganianie nas przez Ryśka odniosło skutki, bo nikt nie miał żadnych niepokojących objawów, czyli aklimatyzacja dobra!
Rano wychodzimy do Skał Pastuchowa (4800 m n.p.m) nazywanych na cześć XIX wiecznego wojskowego topografa (Andrei Pastukhov), który próbował kilkakrotnie zdobyć szczyt i w tym miejscu zmuszony był zabiwakować.
Pogoda piękna, widoki super ! Po drodze, po lewej stronie mijamy, pokryty błyszczącym blaszanym dachem Prijut 11 - schron jedenasty , który w 1941 zajęli Niemcy i zawiesili na obu szczytach faszystowskie flagi. Po wielu próbach, dopiero po roku szmaty te zrzucił Aleksander Juszczenko ze swoim doborowym oddziałem żołnierzy.
Podczas wyjścia, okazało się, że mam tak starty przód butów, że automatyczne raki mi spadają. Dobrze, że Rysiu jak babysitter, zaopiekował się kaleką, czyli mną i załatwił zamianę raków. Z radości fiknąłem kozła i złamałam koniec jednego kijka. Wniosek ? - Nie warto się przewracać i kupować drogich kijków, bo wszystkie i tak szlag trafi.
Schodząc do bazy, mijaliśmy grupę Polaków, która słabo sobie radziła. Szła wolno i najprawdopodobniej zrezygnowała, bo nie widzieliśmy już ich więcej.
Inna dwójka krajan zrezygnowała, ze względów fizykalnych – wymioty itp., czyli zła aklimatyzacja.
Piękny i owocny dzień ! Wszyscy cali i bez dolegliwości wrócili do bazy, najedli się przygotowanych przez Olgę frykasów i z pełnymi brzuszkami oglądali zmieniające się w płomieniach zachodzącego słońca pejzaże z Uszbą ( zwaną Matterhornem Kaukazu) w tle. Nasz lider zrobił tam trzy trudne, sportowe drogi, a było to prawie 30 lat temu.
Kolacja, sen, dzień odpoczynku.
8 września - atak szczytowy.
Pobudka o 2-ej w nocy. Wyjazd ratrakiem pod skały Pastuchowa no i ... początek zabawy. Zimno jak cholera, a ja stary dureń, w windstoperowych rękawiczkach lajtowo. Gdyby nie pomoc Ryska - oddał mi własne łapawice (biorąc badziewiaste moje) i chemiczny rozgrzewacz od Łukasza, mógłbym mieć poważne kłopoty z palcami obu dłoni (a mogą się jeszcze przydać).
Wiem, że to głupota, a nie jestem nowicjuszem, bo ostatnie 5 lat każdego roku, miesiąc spędzam w górach. Teraz jestem jednak przykładem, skąd się biorą wypadki. Na szczęście byłem w "dobrych rękach" i czegoś się znowu nauczyłem!
Młodzież z „Mamutem” na czele wyrwała do góry na skróty, w stylu banzaj, a ja jak osiołek, krok za krokiem, mozolnie poruszam się, w migającym świetle czołówki w stronę trawersu. Po prawej stronie powoli rozjaśnia się niebo, czerwienią wschodzącego słońca, ale temperatura dalej ani drgnie, jakieś minus 17 C lub jeszcze mniej. Zimno.
Na tzw. siodle piękne, odlotowe widoki! Kryzys i pytanie do lidera - Rysiek nie wiem czy się wyrobię ? kawał góry jeszcze został.
- zostaw plecak na Przełęczy i do góry!
Nie pozostawało nic, tylko iść dalej. Ze szczytu góry schodziła już czwórka szczęśliwców: Paulina i Bartek Małachowscy z Bartkiem Górnickim, a później Łukasz Jakubowski.
- dawaj Kardio, będziesz najwyżej z lekarzy!
No to dawaj!
Weszliśmy , Sławek, Andrzej, który klęczał w pokoju i ja - Kardio razem na szczycie Elbrusa!
Przepiękna pogoda, doskonała widoczność ; zdjęcia i radość!!!
Doszedł, asekurujący korowód lider i kolejna wisienka na torcie - zdjęcie z legenda himalaizmu na szczycie najwyższej góry Rosji i Europy.
Tak to piękny dzień :)!!!
No ale jeszcze zejście, które spowodowało takie zakwasy, jakie miałem , no nie powiem ile lat temu, ale baaaaardzo dawno, jak wyczynowo trenowałem shotokan.
Zrealizowane marzenie i powrót i też pięknie aż do samego końca. Były strzelanki z KBKAK i KBKS, wino kaukaskie i nawet tańce : )
Rozstać się było ciężko i tylko perspektywa kolejnego wyjazdu jesienią, razem z Ryśkiem i Sławkiem do Nepalu złagodziła traumę powrotu.
Informacje zawarte na niniejszej stronie nie stanowią oferty w rozumieniu art. 66 i następnych kodeksu cywilnego. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie lub wykorzystanie zawartości tej strony bez pisemnej zgody autora i webmastera jest zabronione.